„Strzały szły we wszystkich kierunkach”. Tak wydarzenia Czerwca ’56 wspomina ich uczestnik

To już 70 lat. Tyle minęło odkąd pracownicy poznańskich Zakładów Metalowych im. Józefa Stalina, w wraz z nimi także i innych zakładów, ruszyli w zrywie, by walczyć o swoje prawa i poprawę warunków życia. Jak wyglądał ten dzień oczami uczestnika opowiada nam Adam Tiun, który brał udział w wydarzeniach Poznańskiego Czerwca 1956 r.

Z Adamem Tiunem rozmawiamy na kilka tygodni przez rocznicą Poznańskiego Czerwca 1956 r. Z chęcią wraca do tej opowieści i to z największymi szczegółami. Kiedy brał udział w strajku, miał 17 lat i był pracownikiem Wielkopolskich Zakładów Teleelektronicznych „Telkom-Teletra” im. Karola Świerczewskiego. Dziś ma lat 87, ale to, co działo się przed 70 laty, pamięta bardzo dokładnie.

– Dla mnie najbardziej istotne było wtedy, by pójść w ten tłum. Przychodziła refleksja: „Pójdziesz i co dalej?”. Władza była bezwzględna, ale patrzyłem na siebie, jakie efekty przyniesie to, że dołączę do strajku, ale też jakie efekty dosięgną mnie. Jednak jako młody, 17-letni chłopak, zdecydowałem, że nie mam nic do stracenia. Nie miałem żony ani dzieci. Pamiętam, że krzyknąłem do kolegów, że idziemy i wspólnie ruszyliśmy – wspomina Adam Tiun.

Z tłumem przez miasto

Wraz z kolegami Adam Tiun dołączył do tłumu złożonego z pracowników Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego i udał się w kierunku Kaponiery. Tam część zgromadzonych poszła w kierunku Placu Stalina (dzisiejszy Plac im. Adama Mickiewicza), a część na ul. Mickiewicza, gdzie znajdowała się radiostacja zagłuszająca. Adam Tiun udał się w to drugie miejsce.

– Próbowaliśmy dostać się do góry, na radiostację, ale strącono nas. Kiedy zeszliśmy na dół, zauważyliśmy, że są tam urządzenia, które produkowaliśmy w Teletrze. Wiedzieliśmy, że mogą posłużyć przeciwko nam, więc dokładnie je zniszczyliśmy. Stamtąd udaliśmy się na ul. Kochanowskiego, bo widzieliśmy, że zbiera się tłum. Przyjechało zdezorientowane wojsko, któremu ludzie pozabierali broń. Usłyszeliśmy tylko, że delegacje, które zakłady Cegielskiego wystosowały do rządu, wróciły bez żadnego efektu, a ich członkowie zostali zatrzymani w więzieniu na ul. Młyńskiej, więc część tłumu ruszyła tam, żeby ich wyswobodzić – opowiada.

Adam Tiun z kolegami otwierał tam pomieszczenia, w których znajdowali się więźniowie. On sam otwierał magazynek broni, a grupa ludzi jadących samochodem wiedziała, że na Młyńskiej można odebrać broń. Kiedy z powrotem znalazł się na ul. Kochanowskiego, było już słychać strzały, podpalano koktajle mołotowa.

– Dostałem się w ulicę Krasińskiego. Stał tam samochód ciężarowy marki Skoda. Próbowaliśmy go przepchnąć jak najbliżej budynku UB, żeby ci, którzy mają broń, mieli jakąś ochronę. Byliśmy jednak na tyle blisko ulicy wylotowej, że w pewnym momencie w naszą stronę poszła seria strzałów. Zdębieliśmy. Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, nie mieliśmy możliwości ucieczki. Zdecydowaliśmy się pobiec do pobliskiego budynku. Gdy biegliśmy, znów tuż obok nas padły strzały, jednak udało nam się ukryć – wspomina Adam Tiun.

„Strzały szły we wszystkich kierunkach”

Po pewnym czasie na miejsce protestów przyjechały wojska KBW, a protestujący byli wypychani poza krąg.

– Powiedziałem wtedy do kolegi, że i tak nie mamy tu już nic do zrobienia, bo nie mieliśmy przy sobie żadnego karabinu. Wycofaliśmy się do ulicy Mickiewicza. Zobaczyliśmy, że przy protestujących znajdują się wozy pancerne, a ze zbiorowiska wypychanych jest coraz więcej osób. Uznałem, że idę już do domu i zacząłem się kierować na Wildę, gdzie wtedy mieszkałem. Kiedy szedłem przez Most Teatralny, ludzi mijał samochód ciężarowy. Był tak naładowany bronią, że strzały szły we wszystkich kierunkach – opisuje Adam Tiun.

Jak dodaje, pociski wystrzeliwały tak, że naboje odbijały się od jezdni. Było naprawdę niebezpiecznie.

– Skoczyłem na murek przed Operą, udało mi się tam poczekać aż przejedzie. Skierowałem się w kierunku Rynku Wildeckiego. Tam spotkałem kolegów, którzy wracali z Politechniki Poznańskiej, gdzie rozbrajali tamtejszy magazynek broni – opowiada.

Zamiast wracać do domu, Adam Tiun chwycił więc w dłoń pistolet i wraz z kolegami ruszył autem które mieli do dyspozycji. Co ciekawe, był to Fiat złożony z dwóch innych aut, które miały poprzebijane opony. Został naprędce skompletowany tak, żeby można było się nim poruszać.

– Załadowaliśmy się do tego samochodu, wzięliśmy broń i pojechaliśmy rozbrajać komisariaty w Żabikowie i na Świerczewie. Jednak dojechaliśmy tam w późniejszych godzinach i okazało się, że one już praktycznie nie istnieją, są pozamykane. Wracaliśmy więc w kierunku Wildy. Po drodze widzieliśmy, że w terenie jest coraz więcej wojska. Zostawiliśmy samochód przy Zakładach Cegielskiego, i całe szczęście, bo wydawało mi się, że jedzie po nas samochód pancerny – dodaje Tiun.

Kary udało się uniknąć

Historia miała jednak swój ciąg dalszy. Za udział w wydarzeniach Poznańskiego Czerwca 1956 r. Adam Tiun musiał stanąć przed sądem.

– Dzięki temu, że uprawiałem boks, nim 29 czerwca przyjechali po mnie, by zabrać mnie na komisariat, zdążyłem uciec na zgrupowanie do Wrześni, a stamtąd na spartakiadę do Krakowa. Zanim wróciłem do domu, minął prawie miesiąc. Wtedy napięcie było już dużo mniejsze, a rozprawę miałem dopiero w październiku. Pomogło mi dwóch adwokatów i udało mi się bezkarnie wrócić do rzeczywistości – kwituje Adam Tiun.

Czytaj także: Takiej atrakcji na Ławicy jeszcze nie było. Amerykański Dzień Niepodległości

Marta Maj
Zdarzyło się coś ważnego? Wyślij zdjęcie, film, pisz na kontakt@wpoznaniu.pl