Jest środek lata. Wakacje w pełni, a co za tym idzie, trwa sezon kąpielowy na okolicznych kąpieliskach. Poznaniacy i nie tylko uwielbiają szukać na nich ochłody w ciepły dzień, ale nawet w te chłodniejsze chętnie wybierają się na kajaki czy rowery wodne. Niewiele jednak trzeba, by popołudnie nad wodą stało się tragiczne w skutkach. O tym, jak uniknąć niebezpiecznych sytuacji podczas wakacyjnych kąpieli i co zrobić, gdy widzimy topiącego się człowieka, opowiadają nam strażacy z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 1 w Poznaniu.
Lato trwa od miesiąca. Dla uczniów to czas odpoczynku, a dla strażaków – wzmożonej pracy. Choć są w gotowości cały rok, latem przyjmują wezwania nie tylko do pożarów, ale także do akcji ratowniczych w wodzie.
– Biorąc pod uwagę statystyki, nasza grupa jest wzywana do zdarzeń nad wodą średnio raz w tygodniu. Jednak z uwagi na to, że jako jedyni w województwie posiadamy sonary i jako Specjalistyczna Grupa Sonarowa jesteśmy w stanie poszukiwać ludzi pod wodą, nasz obszar działań wykracza niejednokrotnie poza województwo i jesteśmy wzywani nie tylko jako grupa ratownicza, ale też poszukiwawcza – mówi kpt. Krzysztof Gindera z JRG 1 znajdującej się przy ul. Wolnica 1 w Poznaniu.
Wokół utonięć krąży wiele legend. Jedni mówią, że topią się tylko wprawni pływacy, bo inni nie próbują w ogóle swoich sił w wodzie. Inni twierdzą, że utopienia to efekt nieprzemyślanych żartów czy skoków do wody. Tymczasem okazuje się, że prawda leży gdzieś pośrodku. Często brakuje zdrowego rozsądku, ale i zasad bezpieczeństwa.
– Powiedziałbym, że utonięcia są związane z brawurą. Ale niestety, często w tle pojawia się też alkohol. Często ktoś pod jego wpływem przecenia swoje umiejętności i okazuje się, że nie pływa tak dobrze, jak sądził – wyjaśnia st. asp. Szymon Kałużny.
Sytuacje, w których dochodzi do utonięć, rzeczywiście rzadziej dotyczą jednak osób, które świetnie pływają. Sportowcy, którzy przygotowują się do zawodów na otwartych akwenach, są przeważnie świadomi zagrożeń, które mogą czyhać na nich w wodzie. Pływają więc z bojami asekuracyjnymi i zdają sobie sprawę z warunków, w jakich się znajdują. Pomoc potrzebna jest najczęściej wtedy, kiedy ktoś przecenił swoje możliwości pływackie, próbując przepłynąć jezioro lub zeskoczył z rowera wodnego czy kajaka i przestał panować nad sytuacją. Wiele osób nie ma w nawyku korzystania ze sprzętu asekuracyjnego. Z łatwością zdejmujemy kapoki i wystawiamy się na słońce, a później wskakujemy do wody, by się ochłodzić. Wtedy ciało doznaje szoku termicznego, oddech przyspiesza, jesteśmy zaskoczeni i wpadamy w panikę. Jak dodaje asp. Paweł Stachowiak, przyczyna nie jest jednak najważniejsza. Liczy się to, by skutecznie odnaleźć człowieka pod wodą i udzielić mu pomocy.
Tonięcie to cichy proces
Z filmów kojarzymy brawurowe sceny tonięcia. Wołanie o pomoc, wymachiwanie rękami, krzyki. Tymczasem jak mówią strażacy, w rzeczywistości wcale tak nie wygląda.
– Kiedy dojeżdżamy na miejsce, zwykle ktoś zdążył już rozpocząć akcję ratunkową i my rzadko jesteśmy świadkami zdarzenia. Wiemy jednak, że tonięcie często odbywa się w ciszy. Może się zdarzyć, że osoba, która się topi, macha rękami, by zwrócić na siebie uwagę, co można łatwo pomylić z ruchami wykonywanymi np. podczas gry w piłkę. Z kolei gdy tonący wyłania się z wody, pierwsze co robi to bierze oddech, rzadko ma siłę wydać z siebie jeszcze okrzyk. Charakterystycznym znakiem są jednak nieskoordynowane, chaotyczne ruchy – wyjaśnia kpt. Krzysztof Gindera.
Nasuwa się więc pytanie, czy kiedy jesteśmy w sytuacji, gdy ktoś w pobliżu może potrzebować pomocy, powinniśmy podpłynąć i próbować go ratować? A może lepiej zadzwonić od razu na 112? Optymalną sytuacją jest zgłoszenie w pierwszej kolejności do ratownika – on będzie w stanie podpłynąć i pomóc osobie, która się topi. Ma odpowiedni sprzęt i zadziała. Może też wydać polecenie, by wezwać pomoc. Jednak samodzielne udzielanie pomocy na wodzie to trudne wyzwanie.
– Kiedy jesteśmy na plaży, możemy wziąć ze sobą jakiś materac, dziecięce koło i podać osobie, która się topi, by mogła się go chwycić. Jednak należy zachować ostrożność przed wejściem w bezpośredni kontakt fizyczny, bo tonący w stanie paniki może zrobić nam krzywdę. Oprze się na nas, pociągnie w dół, spróbuje się wspiąć na nas prostując ręce. To najczęściej obserwowane zachowania, które mogą być zagrożeniem dla osoby, która chce pomóc – mówi kpt. Krzysztof Gindera.
Brawura to częsta przyczyna utonięć wśród dorosłych. Kiedy jednak mamy do czynienia z dziećmi, możemy zauważyć, że rodzice bagatelizują kwestie bezpieczeństwa. Dzieci kąpią się bez nadzoru dorosłych, którzy zamiast stać przy nich w wodzie siedzą na kocach i czytają lub przeglądają telefony. Tymczasem wystarczy chwila nieuwagi, by dziecko znalazło się pod wodą. W takich sytuacjach pomocne mogą okazać się kombinezony pływackie z pianki, które zwiększają wyporność i sprawiają, że maluch nie pójdzie na dno w chwili tonięcia. Jak wskazują strażacy, to, że ratownik patroluje teren, nie sprawia, że jesteśmy wyłączeni z obowiązku opieki nad dziećmi nad wodą.
Warto dzwonić na 112
Zgłaszając ratownikowi niebezpieczną sytuację, możemy zostać poproszeni o to, by zadzwonić pod numer 112. Kiedy w pobliżu nie ma ratownika, a my nie możemy podać topiącemu się człowiekowi żadnych potrzebnych akcesoriów, nie chcąc narażać własnego życia, powinniśmy wykręcić numer alarmowy w pierwszej kolejności. Co przede wszystkim powinniśmy przekazać wtedy dyspozytorowi? Okazuje się, że najważniejsza jest dokładna lokalizacja miejsca zdarzenia. Jeziora często mają kilka plaż dookoła, ważne jest więc, by podać mu tę konkretną, na której doszło do wypadku. Problem pojawia się, gdy chcemy określić miejsce na środku otwartego akwenu.
– Dyspozytor 112 na pewno pomoże wskazać miejsce zdarzenia, podpowie do jakich punktów się odnieść. Dla nas ta dokładność ma duże znaczenie. Kilkanaście metrów przesunięcia na wodzie może oznaczać kilka dodatkowych godzin poszukiwań – tłumaczy kpt. Krzysztof Gindera.
Zdarza się jednak, że jako obserwatorzy obawiamy się wybrania numeru 112. Nie chcemy zadzwonić bez potrzeby, np. w momencie gdy widzimy pozostawione przy brzegu ubrania, a w wodzie nikogo nie ma. Nie mamy gwarancji, że ktoś rzeczywiście się utopił, a z drugiej strony głowa podpowiada, że ktoś może potrzebować pomocy.
– Jeżeli mamy jakąś wątpliwość, warto zadzwonić na 112 i pozostawić ten dylemat dyspozytorowi. On zada nam odpowiednie pytania i sam zdecyduje, czy jednostki powinny wybrać się w to miejsce. Lepiej jednak wykonać ten jeden telefon niż pozostać z myślą, że ktoś mógł potrzebować pomocy, a my jej nie wezwaliśmy – mówi kpt. Gindera. – Niejednokrotnie jesteśmy wzywani do takich poszukiwań i wiemy, że dyspozytorzy, jeśli mają jakiekolwiek wątpliwości, dysponują nas do takiego zdarzenia i czasami faktycznie okazuje się, że ta pomoc jest potrzebna. W dodatku technika daje dziś dużo więcej możliwości niż kiedyś, możemy zrobić zdjęcie i pokazać, jak wyglądają rzeczy, które znaleźliśmy. Ocenę sytuacji pozostawmy dyspozytorowi, ale telefon wykonać warto, choćby dla spokoju własnego sumienia.
Liczą się sekundy
Kiedy topi się człowiek, liczy się każda sekunda. Trudno jest jednak określić, ile czasu można przebywać pod wodą bez uszczerbku na zdrowiu. Jest bardzo duża różnica między okresem letnim a zimowym. W chłodnych miesiącach ciało ulega wychłodzeniu. Literatura zna przypadki, w których ludzie spędzali pod wodą nawet kilkadziesiąt minut. Pod człowiekiem załamał się lód, opływała go zimna woda, a w organizmie nastąpiła reakcja obronna, czyli tzw. centralizacja krążenia. Naczynia krwionośne się obkurczają, ale najważniejsze organy są zaopatrywane w tlen, a metabolizm zaczyna spadać. W takim wypadku czas na ratunek jest wydłużony.
– W naszej jednostce mieliśmy sytuację, w której młodego chłopaka wydobyto na powierzchnię z lodowatej wody po 27 minutach. Po dwóch dniach śpiączki wrócił do zdrowia. Nie miał żadnego uszczerbku neurologicznego – wspomina kpt. Gindera.
Niestety latem czasu mamy o wiele mniej.
– Ostatnio pojechaliśmy do chłopaka, który spędził pod wodą 47 minut. Znajdował się na głębokości trzech metrów, a to niedużo. Udało się go wyciągnąć na powierzchnię i przywrócić mu czynności życiowe. Niestety mimo to po kilku godzinach zmarł. Takich przypadków jest niestety dużo – mówi asp. Paweł Stachowiak.
Jak dodają strażacy, największe szanse na uratowanie kogoś spod wody są wtedy, gdy jesteśmy świadkami utonięcia i pomoc udzielana jest od razu. Aby jej udzielić, strażacy z JRG 1 w Poznaniu już przed wyjazdem na miejsce zdarzenia rozdzielają między sobą konkretne role. Korzystają też ze specjalnego sprzętu.
– Na każdej zmianie wyznaczamy osoby do bezpośrednich działań na wodzie. Wskazujemy też osobę, która będzie tzw. szybkim nurkiem. Jeżeli mamy informację, że będzie on potrzebny, to zaczyna przygotowywać się już w bazie. Dzięki temu może podejmować działania od razu po przyjeździe na miejsce. Wyznaczamy też osobę do działań powierzchniowych, która ma na sobie specjalną kamizelkę i gdyby trzeba było podjąć kogoś z powierzchni wody, to ta osoba jest do tego przygotowana – wymienia st. asp. Szymon Kałużny. – Korzystamy także z łodzi ratowniczych, sprzętu nurkowego. Mamy łączność podwodną, dzięki której z powierzchni możemy rozmawiać z nurkiem, który jest pod powierzchnią. Posiadamy też kamerę, dzięki której kierujący pracami widzi to, co dzieje się pod wodą. Używamy również sonarów, sprzętu do hydrolokacji i robota podwodnego, więc nie zawsze to nurek musi schodzić pod powierzchnię. Zwłaszcza podczas działań poszukiwawczych, kiedy wspomagamy działaniami inne służby, a nie ratunkowych – dodaje.
Zdjęty kapok, skok do zimnej wody, chwila nieuwagi. Drobne składowe mogą mieć dramatyczne konsekwencje. Dlatego podczas letniego wypoczynku nie można zapominać o zdrowym rozsądku. To właśnie on najczęściej okazuje się najlepszym zabezpieczeniem.






Czytaj także: Mury pną się do góry. Teatr Muzyczny osiągnął nowy poziom [ZDJĘCIA]





