Wywiad

Gitarą przebija niewidzialny mur

Choć ma dopiero 24 lata, zagrał już na niejednej scenie nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jego nieodłącznym towarzyszem jest gitara, która pozwala mu spełniać marzenia. O tym, jak chce rozwijać swoją karierę rozmawiam z rodowitym Poznaniakiem, Kacprem Dworniczakiem.

Marta Maj: Pochodzisz z Poznania i to tu zaczęła się Twoja muzyczna historia.

Kacper Dworniczak: Choć moi rodzice nie są rodowitymi Poznaniakami, ja urodziłem się w Poznaniu i to tu, na Łazarzu, chodziłem do przedszkola. Mimo że wyprowadziliśmy się za miasto, do Stęszewa, całe moje życie toczyło się w Poznaniu. Tu chodziłem do szkoły, tu miałem kolegów. Na gitarze zacząłem grać około pół roku przed pójściem do szkoły muzycznej I stopnia przy ul. Solnej. Z kolei szkołę muzyczną II stopnia kończyłem na ul. Głogowskiej. Mój tata jest gitarzystą i myślę, że to miało duży wpływ na to, że zacząłem grać. Nie pamiętam rozmów na temat tego, na jakim instrumencie chciałbym grać. Kiedy miałem dwa czy trzy lata, dostałem od dziadka plastikową gitarę, zabawkę. Naturalnym było, że pójdę na lekcje i zacznę naukę gry.

M.M.: Czy siedmiolatka, który zaczyna naukę gry, trzeba mocno przekonywać do tego, żeby ćwiczył? To musiało być spore wyrzeczenie.

K.D.: Dużą zasługą jest tu świadomość moich rodziców, którzy na co dzień obracali się w muzycznym środowisku. Widziałem, że nieodłączną częścią zawodu mojego taty jest ćwiczenie. Jednocześnie nigdy nie byłem do ćwiczenia zmuszany, rodzice tłumaczyli mi, że to ważne, a ja szybko to zrozumiałem. Z czasem ta odpowiedzialność spadła na mnie. Na pewno dużo w tej kwestii nauczyło mnie też występowanie solo na scenie. Już w wieku siedmiu lat w szkole muzycznej trzeba wyjść na pięć minut na scenę, zaprezentować swoje umiejętności. To, jak wypadnie występ, jest odpowiedzialnością ucznia. Jednak na pewno nie było też tak, że od początku miałem ogromny zapał i sam chciałem długo ćwiczyć. Miałem szczęście do ludzi wokół siebie, którzy mnie pokierowali.

M.M.: Na filmach z Twoich występów w dzieciństwie widać pasję. Kilkulatek grający z zamkniętymi oczami to nieczęsty widok. Kiedy poczułeś, że gitara będzie czymś więcej niż tylko instrumentem wybranym w szkole muzycznej?

K.D.: Nie wiem, czy był konkretny moment, ale na pewno gdy zacząłem wyjeżdżać na konkursy i zdobywać nagrody, które miały dla mnie wtedy wielkie znaczenie, poczułem, że jestem w tym naprawdę dobry. Może to dlatego, że w szkole podstawowej grałem też w piłkę i zawsze miałem w sobie ducha rywalizacji. Pewnie z czasem, gdy konkursy zaczęły przeradzać się w koncerty, zacząłem myśleć, że to może być moja ścieżka. Ważnym momentem, już na późniejszym etapie, był wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Zawsze chciałem zobaczyć ten kraj, ale nic innego mi tego nie umożliwiło, jedynie gitara. Z czasem moje mniejsze i większe cele, podróżnicze i nie tylko, zacząłem spełniać poprzez gitarę.

M.M.: Na studia nie wybrałeś Poznania, ale austriackie Graz. Skąd ten wybór?

K.D.: Ten wybór był dość niezaplanowany. Zawsze wiedziałem, że będę chciał spróbować życia za granicą, ale nie sądziłem, że będzie to zaraz po skończeniu szkoły średniej. Mój profesor, Łukasz Kuropaczewski, który też jest z Wielkopolski, wykładał w Poznaniu, ale został także profesorem na Kunstuniversität w Graz. To była okazja, żeby wyjechać z domu i zmienić otoczenie. Z perspektywy czasu myślę, że to była świetna decyzja, mimo że wyprowadziłem się w środku pandemii, nie do końca rozumiałem język i czułem się obco w nowym miejscu. To była lekcja na przyszłość, a przy okazji świetna okazja do rozwoju, ponieważ pracowałem jednocześnie z drugim pedagogiem, Paolo Pegoraro, więc miałem dwa razy więcej pracy. Wyszło mi to na dobre.

M.M.: Ponieważ wciąż jesteśmy w okresie okołoświątecznym, chcę zapytać o współpracę z Andrzejem Piasecznym. Wydaliście płytę, byliście razem w trasie koncertowej „Jeszcze zanim święta”, piosenkę tę można usłyszeć w grudniu w popularnych rozgłościach radiowych. Jaka historia się z tym wiąże?

K.D.: Wbrew pozorom wcale nie jest ona bardzo spektakularna, wszystko zaczęło się od Instagrama. Andrzej napisał do mnie pewnego dnia na Instagramie i zaproponował, żebyśmy wspólnie zrobili coś muzycznego. Ucieszyłem się, ale nie brałem tego na poważnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, jak wygląda życie muzyków. Spotkaliśmy się jednak na świątecznym koncercie w Poznaniu, a półtora roku później zaczęliśmy działać nad wspólnym projektem. Później powstał pomysł płyty, trasa koncertowa, koncert telewizyjny. Piasek jest dziś moim dobrym duchem. Wiem, że zawsze mogę do niego zadzwonić i poprosić o radę w kwestii mojej kariery muzycznej.

M.M.: To był dla Ciebie krok milowy?

K.D.: Dało mi to masę doświadczenia i okazję do pracy w środowisku, które niekoniecznie ma wykształcenie muzyczne, ale chce spędzić czas przy dobrej muzyce, zrelaksować się. Zadaniem artysty jest wypełnić ten czas. Od Piaska nauczyłem się, jak rozmawiać z ludźmi na koncercie. Oprócz przepustek medialnych to właśnie to była dla mnie wielka wartość.

M.M.: Do kogo w takim razie chcesz trafiać? Do tych, którzy „znają się” na muzyce, czy jednak do mainstreamu?

K.D.: W pewnym momencie stanąłem na rozdrożu. Wywodzę się z bardzo profesjonalnej ścieżki edukacyjnej. Obecnie studiuję na Royal Music Academy w Londynie, najstarszej akademii muzycznej na świecie, gdzie uczymy się grać tak, jak uczono grać wybitnych wirtuozów nawet dwieście lat temu. Jednak dzięki mojej drodze estradowej i wydanej płycie oraz temu, że w moich słuchawkach rzadko wybrzmiewa muzyka klasyczna, chcę pokazywać gitarę tym, którzy jej nie znają. Gitara to pewnie najpopularniejszy instrument na świecie, ale w tym wydaniu, które prezentuję, jest niszowy. Nie wydaje mi się jednak, że muzyka gitarowa to jedyna rzecz, jaką będę robił w życiu. Nie chcę się zamykać na żaden kierunek.

M.M.: Przejdźmy zatem do płyty. To spełnienie marzeń czy raczej kolejny krok na ścieżce do ich spełnienia?

K.D.: Jako dziecko powiedziałbym pewnie, że to największe marzenie. Teraz patrzę na to inaczej. Etap nagrywania płyty przypadł na lato 2024 roku. To był koniec moich studiów w Graz, byłem bardzo zmotywowany do działania. Jednocześnie dużo podróżowałem i wiele inspiracji składało mi się w jedną całość. Myślę jednak, że to tylko przystanek na mojej drodze. Praca nad płytą pokazała mi też dużo nowych rzeczy, które wciąż przede mną. Wciąż istnieją pokłady możliwości artystycznych i scenicznych, których jeszcze nie zrealizowałem.

M.M.: Inspiracją do napisania utworów na płytę „JOURNEYs”, jak sama nazwa wskazuje, były podróże. Która z nich wpłynęła na Ciebie najbardziej?

K.D.: Jeszcze zanim płyta powstała, w wieku 16 lat poleciałem do Stanów Zjednoczonych. Każdy element tej podróży to było spełnienie moich marzeń. Mogłem zobaczyć Chicago, widząc jego panoramę, czułem się, jakbym chwytał Pana Boga za nogi. To był impuls, który dał mi dużo sił na trudniejsze chwile, które pojawiają się w pracy muzyka. Kolejne podróże były wypracowane, wiedziałem, że kiedyś do nich dojdzie i tak się stało. Na pewno ważnym momentem były wakacje na Hawajach, gdzie ciągle słyszałem piosenkę „Over the rainbow”, która też pojawiła się na płycie. Wtedy zechciałem zagrać ten utwór. Okazało się, że jedną z aranżacji tego utworu skomponował Japończyk, Toru Takemitsu, którego utwory znałem. Japonia była też krajem, który odwiedziłem już wcześniej. To wszystko złożyło się w jedną całość, połączyłem utwór „Equinox” Toru Takemitsu z „Over the rainbow”. Podczas moich koncertów staram się oprowadzać słuchaczy po moich podróżniczych ścieżkach, które kształtowały ten album.

M.M.: Zabierasz ze sobą gitarę na wyjazdy? Traktujesz ją jako kompankę podróży czy narzędzie pracy, od którego chcesz odpocząć?

K.D.: Kiedy byłem mały, na wyjazdy gitara zawsze jechała ze mną. Ostatnio jednak staram się od tego odchodzić, nie grać w wakacje. Poza tym z podróżowaniem z gitarą związane są też techniczne utrudnienia. W tanich liniach lotniczych trzeba wykupić dla niej osobny bilet, jak za pasażera. W liniach regularnych można próbować przewieźć ją jako bagaż, ale nigdy nie wiadomo, z jakim przyjęciem ze strony obsługi to się spotka. W domu w Poznaniu mam gitarę, na której mogę grać, gdy tu wracam, więc nie muszę z nią latać.

M.M.: Czyli to już twoje narzędzie pracy?

K.D.: Nie do końca. Lubię wieczorem usiąść z gitarą i pograć na niej, nie myśląc, że pracuję. Po prostu na niej „poplumkać”.

M.M.: Zagrałeś na scenie z hiszpańskim gitarzystą Pepe Romero. Mówiłeś, że było to twoje marzenie.

K.D.: Tak, myślę, że to magia Londynu. Dużo osób pytało mnie, dlaczego tak wiele ryzykuję wyjeżdżając, przecież powinienem już być w Warszawie, gdzie mam dobrą pozycję startu. Londyn jest dla mnie Nowym Jorkiem Europy. Chciałem jednak zaryzykować. I to ryzyko się opłaciło, bo pojawiają się dzięki temu takie piękne momenty jak ten występ. Pepe Romero grał w Londynie ostatni koncert w swoim życiu. Kiedy miałem 10 lat, miałem z nim 30-minutową lekcję gry na gitarze. Dla mnie to, że stanąłem z nim na jednej scenie, było swego rodzaju klamrą. Nigdy nie podejrzewałem nawet, że taka sytuacja będzie mogła mieć miejsce, w końcu to wielki mistrz. To człowiek, który grał dla królowej Elżbiety, prezydenta Nixona. W momencie, gdy okazało się, że zostałem wybrany do tego koncertu i mam rozpocząć przygotowania, poczułem impuls, by jednak spróbować życia w Londynie. Niezwykle inspirujące było też to, że Pepe Romero wszystkich nas, którzy stanęliśmy z nim na scenie, traktował jak równych sobie muzyków. Mógłby potraktować nas z wyższością, a zupełnie tego nie zrobił. Rozmawialiśmy o muzyce, o utworach. Najmilsze jednak było to, że Pepe Romero powiedział mi, że pamięta mnie z warsztatów. Wręczyłem mu swoją płytę. Ten moment zapamiętam do końca życia.

M.M.: Masz zamiar wrócić do Polski?

K.D.: Kocham ten kraj i kiedy z niego wyjechałem, doceniam go jeszcze bardziej. W Londynie czuję, że mam czystą kartę, a nie wiem, jak by to wyglądało, gdybym studiował w Poznaniu. Lubię mieć świeży start. Tutaj otrzymuję tyle, na ile zapracuję. Chcę zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi. Czy wyląduję w Polsce? Nie wiem, na pewno jest taka szansa, tu mam rodzinę, znam dużo ludzi. Średnio raz w miesiącu jestem w Poznaniu lub w Warszawie. Życie w Londynie traktuję w tej chwili jako challenge. Chcę zobaczyć, ile uda mi się wyciągnąć z tego dla siebie.

M.M.: Czy ten challenge to sygnał, że masz ochotę na karierę międzynarodową?

K.D.: Jeśli chodzi o gitarę klasyczną, zatrzymanie się tylko w Polsce jest niemożliwe. Staram się przebijać mur, być w mainstreamie, jednak wiem, że w nim oczekuje się nieco innych rzeczy niż gitary klasycznej. Chcę nawiązywać kontakty z festiwalami muzyki, którą gram, poznać profesorów, którzy wypuścili spod swoich skrzydeł fantastycznych gitarzystów klasycznych. Moim marzeniem jest zagrać w Royal Albert Hall. Mam jeszcze półtora roku, by na to zapracować.

M.M.: Na koniec zadam jeszcze pytanie z innej beczki. Nie jest tajemnicą, że jesteś w związku z popularną influencerką, Julią Żugaj. Czy czujesz, że z tego względu Twoja popularność też wzrosła?

K.D.: Niekoniecznie. Muzyka, którą gram, nie do końca jest targetem jej odbiorców, jednak zdarzają się miłe sytuacje, np. po jednym z koncertów jej fanki czekały na mnie. A od Julii otrzymuję duże wsparcie w sferze medialnej, jej rady są bardzo cenne.

M.M.: Dziękuję za rozmowę.

Marta Maj
Zdarzyło się coś ważnego? Wyślij zdjęcie, film, pisz na kontakt@wpoznaniu.pl