Lech walił głową w mur, ale dziury nie zrobił. Z Płocka wraca z punktem

Lech Poznań dominował, naciskał i długo przesiadywał pod polem karnym Wisły Płock, ale piłka ani razu nie znalazła drogi do siatki. Na boisku było wiele prób, mało jakości i jeszcze mniej sytuacji klarownych. Kolejorz wraca do domu tylko z punktem.

Mecz w Płocku dla Lecha zaczął się jeszcze spokojnie, ale dość nietypowo. Tuż po pierwszym gwizdku kilku zawodników Wisły, w tym stoper Kamiński, ruszyło sprintem w stronę pola karnego Lecha, a koledzy zagrali tam natychmiast długą piłkę. Pomysł sprytny, efekt nikły. Obrona Kolejorza zareagowała szybko i opanowała sytuację.

Problem pojawił się chwilę później. Już w piątej minucie boisko musiał opuścić Antonio Milić. Chorwat prawdopodobnie odnowił uraz, z którym zmagał się w ostatnich tygodniach. Po krótkiej próbie gry usiadł na murawie, a jego miejsce zajął Mateusz Skrzypczak. Dla Lecha był to pierwszy cios dnia, choć nie ostatni.

Wisła broniła szczelnie, Lech szukał pomysłów

W pierwszych dwudziestu minutach Wisła ustawiła bardzo kompaktową defensywę i konsekwentnie utrudniała Lechowi grę między liniami. Poznaniacy mieli inicjatywę, ale niewiele z tego wynikało. Stałe fragmenty również nie przyniosły efektu. Wisła długo pozostawała bezbarwna w ataku, choć w 22. minucie mogła zaskoczyć. Do groźnej wrzutki minimalnie nie dopał Niarchos.

Lech odpowiadał próbami długich piłek za linię obrony gospodarzy. Czasem było blisko, ale brakowało albo przyjęcia, albo ostatniego dogrania. W 27. minucie mecz zatrzymały race odpalone przez kibiców Wisły. Zadymienie było tak duże, że zawodnicy na kilkanaście minut zeszli do szatni.

Po wznowieniu Lech wysoko pressował, momentami nawet sześcioma zawodnikami, a Wisła odgryzała się tym samym. Tempo wzrosło, gra stała się bardziej otwarta, lecz nadal bez konkretów. Palma próbował z dystansu, Bengtsson miał kapitalną piłkę w polu karnym, ale nie oddał strzału. Najbliżej bramki Lech był w doliczonym czasie pierwszej połowy, kiedy piłka po strzale Agnero trafiła obrońcę Wisły w rękę, jednak bez powiększenia sylwetki, czyli bez karnego. Do przerwy 0:0. Wartość oczekiwanych goli idealnie opisała rzeczywistość – 0,44 do 0,10 dla Lecha.

Druga połowa żywsza, ale mur Wisły nie pękł

Po zmianie stron mecz nabrał energii. Palma stanął oko w oko z szansą, ale trafił nieczysto. Kilka minut później szybka wymiana podań Bengtssona i Palmy otworzyła drogę do strzału Kozubalowi, ale niestety bez powodzenia. Chwilę później Pereira dostał piłkę na prawą stronę, ale zamiast gola znów tylko niedosyt.

Gra Lecha faktycznie zaczęła wyglądać lepiej. Wisła gubiła się pod pressingiem, błędy mnożyły się coraz częściej, a Kolejorz konsekwentnie wciskał gospodarzy coraz głębiej. Genialny plan taktyczny Wisły miał jednak jeden atut: gęsta defensywa działała jak beton.

Po godzinie gry trener postawił na zmianę. Agnero i Palma opuścili boisko, na placu pojawili się Gholizadeh i Ishak. Szwed miał rozruszać atak kombinacyjny i dać Lechowi więcej gry tyłem do bramki. Wisła jednak wciąż nie pękała. Do piłki przedzierało się wielu lechitów, ale do samego strzału już niewielu.

Im bliżej końca meczu, tym bardziej Kolejorz walił głową w mur. Dośrodkowania albo blokowali stoperzy Wisły, albo znikały w gąszczu obrońców. W 76. minucie gospodarze przypomnieli o sobie groźną wrzutką, lecz zbyt wysoką. Lech atakował dalej, lecz wciąż bez skutku. W 87. minucie Bengtssona zastąpił Lisman, a w doliczonym czasie bliski szczęścia był Pereira, który huknął z dystansu, ale obok słupka.

Jedna myśl zostaje po tym meczu

Lech próbował wszystkiego. Atak skrzydłami, wysoką obronę, szybkie przejęcia, długie piłki za plecy, grę kombinacyjną. Wisła odpierała kolejne fale i nie pozwoliła Kolejorzowi znaleźć choć centymetra przestrzeni pod bramką.

Był to mecz frustracji. Niedokładności. Pustych wrzutek. Próby bez efektu.

Lech wraca do Poznania z punktem, ale trudno mówić o satysfakcji. Zwłaszcza że okazji – choć wielu nie nazwalibyśmy stuprocentowymi – było wystarczająco, by przynajmniej jedną zamienić na gola.

Tym razem się nie udało. Lech walił głową w mur, a mur nie drgnął ani na moment.

Czytaj także: Nie żyje prof. Aleksander Kabsch. Poznań żegna pioniera rehabilitacji sportowej

Erwin Nowak
Zdarzyło się coś ważnego? Wyślij zdjęcie, film, pisz na kontakt@wpoznaniu.pl