Doktor Józef Granatowicz pożyczył rower, żeby zdążyć do pracy. Pielęgniarka Aleksandra Banasiak miała dzień wolny i poszła łazęgować po mieście. Wkrótce oboje ratowali rannych ludzi. Wystawa „Kule wpadały do sali operacyjnej” umieszczona wokół Szpitala Raszei pokazuje 28 czerwca 1956 roku oczami jego świadków. Można ją oglądać do końca października. Stanowi ona preludium pikniku historycznego „Powstańczy Lazaret ’56”, którego patronem medialnym został portal wpoznaniu.pl.
O tym, co zobaczyli z okien szpitala, jak pomagali na ulicach i dlaczego niektórych nazwisk nie wpisywano do księgi przyjęć, Aleksandra Wilk rozmawia z dr. Pawłem Cieliczko, kuratorem wystawy, prezesem Fundacji Kochania Poznania i pomysłodawcą projektu „Powstańczy Lazaret ’56”.
Aleksandra Wilk: Wystawa rozpoczyna się od opowieści o tym, jak dyrektor szpitala czeka na tramwaj. Bardzo zwyczajne zdarzenie jak na opowieść o powstaniu.
Paweł Cieliczko: I właśnie dlatego chciałem od niego zacząć. Hanna Kałwińska, córka doktora Józefa Granatowicza, opowiadała nam, że ojciec wyszedł do pracy tak jak zawsze. Mieszkał na Dębcu, jeździł do pracy tramwajem numer cztery. Tego ranka tramwaj jednak nie przyjechał. Czekał, aż w końcu pożyczył od sąsiada rower, spiął nogawki klamerkami do prania, żeby nie wkręciły się w łańcuch, i pojechał do szpitala.
Tego samego ranka na tramwaj tej samej linii czekał także młody lekarz Maciej Sikorski. Zdecydował się pójść pieszo. Po drodze zobaczył robotników gromadzących się przed Cegielskim, a później ogromny tłum na placu Stalina, dzisiejszym placu Mickiewicza.
Kiedy zaczynamy od takich szczegółów, widzimy ludzi, którzy nie wiedzieli, jak zakończy się ten dzień. Granatowicz chciał zdążyć do pracy. Sikorski zastanawiał się, dlaczego nie ma tramwaju. Dla nich to jeszcze nie była historyczna data, to nie był Czarny Czwartek.
A.W.: Jak wyglądał poranek innych pracowników Szpitala Raszei?
P.C.: Barbara Gorczyca, kierowniczka laboratorium, zobaczyła z balkonu pochód idący ulicą Dzierżyńskiego, dzisiejszą ulicą 28 Czerwca 1956 r. Ludzie pozdrawiali robotników, wychodzili z domów, dołączali. Teściowa próbowała ją zatrzymać, bo robiło się niebezpiecznie. Ona tłumaczyła, że musi dotrzeć do pracy: odpowiada za laboratorium, ktoś na nią czeka.
Aleksandra Banasiak miała dzień wolny. Poszła trochę na zakupy, trochę obejrzeć wystawy, pospacerować. Usłyszała, że przed uniwersytetem odbywa się wiec, i z ciekawości tam zajrzała.
To kilka różnych dróg prowadzących do tej samej historii. Ktoś szedł na dyżur, ktoś patrzył przez okno, ktoś znalazł się w tłumie przypadkiem. Później wszyscy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, co zrobić, kiedy zaczęto strzelać.
A.W.: Prowadzimy więc czytelnika przez cały dzień, a nie od razu na salę operacyjną?
P.C.: Tak. Najpierw widzimy, jak protest jednej fabryki rozrasta się w wystąpienie mieszkańców. Lekarze i pracownicy szpitala obserwują miasto z własnej perspektywy. Doktor Henryk Karoń zapamiętał ludzi niszczących na pobliskim budynku Ubezpieczalni urządzenia zagłuszające audycje zagranicznych rozgłośni radiowych. Inni widzieli pochód i demonstrację przed Urzędem Bezpieczeństwa.
Potem pojawiają się pierwsze strzały i ranni. Zmienia się również zadanie szpitala. Jego położenie niedaleko gmachu przy ul. Kochanowskiego, gdzie znajdowała się siedziba Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, sprawiało, że szpital działał tuż obok pola walki.
Kolejne plansze prowadzą nas na ulice, do karetek, na szpitalne korytarze. Dalej są ludzie, których nie udało się uratować, oraz rodziny poszukujące bliskich. Dzięki temu oglądający może zrozumieć, jak jedno zdarzenie pociągało za sobą następne.
A.W.: Kiedy Granatowicz zorientował się, że będzie potrzebny lazaret?
P.C.: Z relacji jego współpracowników wynika, że przygotowania zaczął jeszcze przed napływem rannych, zanim padły pierwsze strzały. Bogumił Kapelski, kadrowy szpitala, wydzwaniał z gabinetu dyrektora po mieście, próbując ustalić, co się dzieje. Granatowicz zbierał informacje, a równocześnie zrobił zwyczajny obchód. Rozmawiał z personelem i pacjentami, starał się ich uspokoić, sprawdzał, kto jest na miejscu.
Miał doświadczenie pracy w szpitalach wojskowych i w powstaniu warszawskim. Wiedział, że trzeba przygotować miejsca dla rannych i ludzi, którzy będą przy nich pracować. Polecił wypisać pacjentów, których stan na to pozwalał, przenieść innych do bezpieczniejszej części budynku, zorganizować zespoły operacyjne. Lekarze różnych specjalności mieli pomagać chirurgom.
Maciej Sikorski wspominał, że w ciągu niespełna pół godziny szpital był przestawiony na wojenne tory. W jego wspomnieniu każdy znał swoje miejsce. Dla mnie to bardzo ważny fragment: ocalenie wielu ludzi zależało od tego, że ktoś potrafił uruchomić pracę całej załogi.
A.W.: Na planszach są też uczennice szkoły pielęgniarskiej. Bardzo młode dziewczęta dostały zadanie, od którego mogło zależeć czyjeś życie.
P.C.: Dyrektor Granatowicz wezwał je na odprawę, kazał im założyć stroje sanitariuszek i wziąć torby z opatrunkami. Wyjaśniał, że mają udzielać pomocy tylko w bezpiecznych miejscach: w sieniach kamienic i holach instytucji, pod osłoną murów. Mówił, że lekko rannych mają opatrzyć i odesłać do domu, a ciężej rannym założyć opatrunek, by nie wykrwawili się przed dotarciem do szpitala.
Kapelski wspominał zmianę na twarzach dziewcząt po tej rozmowie. Otrzymały konkretne wskazówki, przydzielono im zadania i poczuły, że powierzono im ważną pracę. To pokazuje, jak daleko sięgało działanie szpitala. Jego ludzie pracowali również poza budynkiem. Pomoc zaczynała się tam, gdzie ktoś upadł albo schronił się przed strzałami.
A.W.: Tytuł „Kule wpadały do sali operacyjnej” jest dosłowny?
P.C.: Niestety tak. Henryk Karoń asystował przy operacji prowadzonej przez doktora Granatowicza. Zapamiętał nagłą kanonadę i brzęk tłuczonych szyb bloku operacyjnego. Ireneusz Cieśliński wspominał, że podczas operowania trzeba było padać, ponieważ strzelano przez okna.
Zofia Pawłowska-Bartoszewska opisywała serię, która przeszła zaledwie kilka centymetrów nad jej głową i głową Granatowicza, gdy podchodzili do ciężko rannego leżącego na szpitalnym korytarzu. Potem zbliżała się do pacjentów schylona, na kolanach, żeby z ulicy nie było widać jej przy oknie.
Warto czytać te relacje właśnie przy Szpitalu Raszei. Za ogrodzeniem stoi budynek, w którym to wszystko się działo. W tym miejscu łatwiej wyobrazić sobie sytuację lekarza: ma przed sobą człowieka wymagającego natychmiastowej pomocy, a jednocześnie sam znajduje się pod ostrzałem.
A.W.: A pacjenci? Czy wraz z dotarciem do szpitala kończył się ich strach o życie?
P.C.: Niestety nie. Kule wpadały także do sal chorych. Jeden z rannych, dziennikarz i literaturoznawca Egon Naganowski, wspominał rozbite szyby, odłamki szkła i swoją ucieczkę pod łóżko. Pielęgniarka kazała pacjentom wyczołgać się na korytarz. Tam próbowano znaleźć bezpieczniejsze miejsce.
Rannych przybywało. Doktor Karoń opisywał ludzi leżących na noszach, a później na posadzce przed salą operacyjną. Wystawa pozwala zobaczyć skalę pracy szpitalnego personelu przez takie właśnie konkretne obrazy. Trzeba było kogoś obejrzeć, zdecydować o kolejności pomocy, przygotować do zabiegu, przenieść.
Za słowami „szpital przyjmował rannych” kryją się godziny wysiłku wielu osób. Dlatego pokazujemy również laboratorium, administrację, transport. Bez ich pracy chirurg nie mógłby po prostu wejść na salę i operować.
A.W.: W opowieści o Banasiak pokazuje Pan jej strach. W relacji Sikorskiego także moment ucieczki. Po co pokazywać to na wystawie o ludziach, których podziwiamy?
P.C.: Bo oni sami o tym mówili. Doktor Sikorski wspominał wyjście na ulicę i kulę, która przeleciała tuż nad jego głową. Wystraszył się i uciekł. Opowiadał mi to po wielu latach z ogromną surowością wobec siebie. A przecież ten sam człowiek pomagał rannym i został w szpitalu na kilka dni.
Aleksandra Banasiak usłyszała wołania o pomoc dobiegające z ulicy i chciała wybiec ze szpitalnego mieszkania. Ojciec zatrzasnął przed nią drzwi. Nie chciał, aby ryzykowała życie. Przypomniała mu, że to on nauczył ją pomagać ludziom, i wybiegła. Gdy szła pod ostrzałem, śpiewała hymn pielęgniarski, żeby opanować lęk.
Jeśli chcemy zrozumieć ich decyzje, musimy wiedzieć, że oni naprawdę się bali. Nie mieli pewności, czy wrócą. Czytelnik może wtedy pomyśleć o sobie w podobnej sytuacji, o tym, jak sam by się zachował. Taka historia zostaje z nami na dłużej niż samo nazwanie kogoś bohaterem.
A.W.: Zwykle pamiętamy lekarzy i pielęgniarki. Kto jeszcze pojawia się na wystawie?
P.C.: Choćby ludzie pogotowia. Franciszek Figler opowiadał o przewożeniu rannych w warunkach, w których trzeba było improwizować. Jednego pacjenta z urazem kręgosłupa zabierał z Raszei do innego szpitala, ponieważ tam można było uzyskać potrzebną pomoc. Wiózł go z otwartymi drzwiami, podtrzymywanego przez pielęgniarki.
Tadeusz Wierachowski wspominał wynoszenie rannego spod ostrzału. Kazimierz Grottel, młody lekarz, zgłosił się do Granatowicza i dostał torbę z opatrunkami oraz zadanie pomagania na ulicach. Opatrywał ludzi, pomagał ich przenosić, współpracował z załogami karetek.
Chciałbym, żeby po wystawie pozostały w pamięci także te nazwiska. Człowiek uratowany na sali operacyjnej wcześniej musiał tam dotrzeć. Czasem o jego życiu decydował ktoś, kto pobiegł po nosze albo podtrzymał go podczas transportu.
A.W.: Jest plansza „Zapisać czy ocalić”. Co mogło być niebezpiecznego w zwykłej rejestracji pacjentów?
P.C.: Nazwisko rannego mogło później posłużyć do jego odnalezienia i represjonowania. Dyrektor Granatowicz doskonale rozumiał, że bezpieczeństwo pacjenta wykracza poza opatrzenie rany. Sikorski wspominał jego polecenie, by przy lżejszych przypadkach, które można szybko zaopatrzyć, nie brać dokumentów i nie wpisywać ludzi do księgi przyjęć.
Syn dyrektora, Stefan Granatowicz, opowiadał również o kierowaniu rejestratorek do innych zajęć. Mówił, że jego ojciec musiał działać ostrożnie. Chronił pacjentów, a równocześnie wiedział, że jawne polecenie ukrywania uczestników protestu mogłoby uderzyć w niego i jego rodzinę.
Dokumentacja, która powstała, miała później jeszcze inne znaczenie. Doktor Cieśliński wykorzystał księgę przyjęć w sądzie, zestawiając czas przyjmowania postrzelonych z momentem zdobycia broni przez demonstrantów. Na wystawie ten wątek pokazuje, że decyzja podjęta w szpitalu mogła wpływać na los człowieka także po zakończeniu leczenia.
A.W.: Wspomniał Pan o tramwajarkach. Ich słynna fotografia pokazuje manifestację. Co pokazuje szpitalna perspektywa?
P.C.: Dalszy ciąg życia po wykonaniu zdjęcia. Helena Przybyłek, Stanisława Sobańska i Maria Kapturska niosły biało-czerwony sztandar. Znamy ten obraz. Relacja Heleny Przybyłek prowadzi nas potem przez ciężkie obrażenia, kolejne operacje, długi pobyt w szpitalach i trwałe kalectwo. Opowiadała też o przesłuchiwaniu jej podczas leczenia.
Obok czytamy wspomnienie Sikorskiego o rannej tramwajarce, którą pomagał zanieść do szpitala. Te relacje pokazują różne chwile: udzielanie pierwszej pomocy oraz wieloletnie następstwa obrażeń. Pozwalają zobaczyć, jak uczestniczka demonstracji stawała się pacjentką.
Bardzo zależało mi na tej perspektywie. Powstanie nie skończyło się dla rannych wtedy, gdy ucichły strzały. Niektórzy musieli układać sobie życie od nowa, inni do końca życia mierzyli się z konsekwencjami tego dnia.
A.W.: Wśród pacjentów byli także ludzie związani z Urzędem Bezpieczeństwa. Jaki stosunek do nich miał szpitalny personel?
P.C.: Taki sam jak do innych pacjentów. Ratowali rannych niezależnie od ich przynależności. Henryk Karoń, Bolesław Śliwiński i Aleksandra Banasiak znaleźli się też w oblężonym gmachu bezpieki przy Kochanowskiego. W ich relacjach czytamy o przerażonych kobietach i dzieciach, którym udzielano pomocy. Możemy opisywać odpowiedzialność aparatu bezpieczeństwa i jednocześnie dostrzec człowieka, któremu lekarz lub pielęgniarka pomagali. W tej sytuacji nie ma sprzeczności. Widać za to zasady, jakimi kierowali się, wykonując swoją pracę. To jedna z ważnych rzeczy, jakie chciałem pokazać: szpital przyjmował człowieka potrzebującego pomocy. Z tej opowieści wynika czasem znacznie więcej, niż mieści się w prostym obrazie ulicznego starcia.
A.W.: Wystawa dochodzi również do Romka Strzałkowskiego i rodzin, które szukały bliskich. To chyba najtrudniejsza część.
P.C.: Tak. W relacji Aleksandry Kozłowskiej pojawia się chłopiec przyniesiony do szpitala, jego legitymacja szkolna i klucze do mieszkania. Dowiadujemy się, że miał trzynaście lat. Te drobne rzeczy przypominają o życiu, do którego już nie wrócił.
Henryk Karoń opowiada o spotkaniu z ojcem Romka. Kozłowska wspomina wizyty jego matki, która chciała wiedzieć, czy syn jeszcze żył, kiedy do niego dotarła, czy coś powiedział. Wielokrotnie powracała po kolejne szczegóły. Za symbolem Czerwca widzimy dziecko i rodziców próbujących zrozumieć jego śmierć.
Jest też matka Mariana Kubiaka szukająca go na szpitalnych schodach. Są wspomnienia kapelana Antoniego Wiśniewskiego i lekarki Wandy Kocięckiej, która zapamiętała młodych chłopców leżących w otwartych trumnach. Wystawa prowadzi do tych doświadczeń, ponieważ należą do historii szpitala tak samo jak operacje i uratowane życie.
A.W.: Dlaczego oddaje Pan tyle miejsca świadkom, skoro sam od lat bada historię Szpitala Raszei i Poznańskiego Czerwca ’56?
P.C.: Właśnie dzięki tym badaniom wiem, jak wiele cennych informacji i emocji jest w ich relacjach. Część relacji zebrałem w latach 2016–2017, gdy w ramach projektu Fundacji „Bimbą w historię” prowadziłem wraz z Kasią Cieliczko-Słupianek, moją siostrą, rozmowy z pracownikami Szpitala Raszei z lat pięćdziesiątych. Korzystałem również z publikowanych i niepublikowanych wspomnień, dokumentów oraz materiałów archiwalnych. Ta praca znalazła się także w moich książkach: „Czerwcowe ulice”, „Trzy Tramwajarki”, „Szpital Poznaniaków” i „Doktor Poznańskiego Czerwca”
Jako kurator odpowiadam za wybór i zestawienie świadectw oraz ich kontekst. Relacje powstawały w różnym czasie. Świadkowie widzieli różne fragmenty wydarzeń, nie zawsze tak samo zapamiętywali szczegóły. Trzeba je czytać uważnie. Pozostawiam jednak zawsze ich własny język, bo w nim słychać emocje i doświadczenie. Czasem po wielu latach człowiek pamięta klamerki na nogawkach, krzyk na korytarzu albo jedną twarz. Przez ten szczegół docieramy do chwili, która dla niego nigdy nie stała się tylko datą.
A.W.: Fotografie są kolorowe. To świadomy wybór?
P.C.: Tak. Materiały fotograficzne zostały poddane cyfrowej rekonstrukcji i koloryzacji. Informujemy o tym na wystawie, żeby odbiorca rozumiał, co ogląda. Aranżację plastyczną przygotowała Magdalena Dezor. Zależało mi na zbliżeniu tej historii do współczesnego widza. Czarno-białe zdjęcia tworzą rodzaj bariery, pokazują odległy świat. Kolor czasem pomaga dostrzec wiek osoby, jej ubranie, zwyczajność ulicy. Wydarzenia 1956 roku rozgrywały się przecież w mieście, w którym ludzie widzieli wszystko tak samo jak my. Punktem wyjścia pozostają źródła. Fotografia ma zainteresować człowiekiem, a relacja pozwolić poznać to, co przeżył. Chciałbym, żeby odwiedzający po obejrzeniu zdjęcia zatrzymał się również przy tekście.
A.W.: Na zdjęciach z otwarcia widać czołg. Skąd ten pomysł?
P.C.: Wystawę otworzyliśmy 21 czerwca 2026 roku, po porannej mszy świętej. Była początkiem naszego projektu i obchodów siedemdziesiątej rocznicy Powstania Poznańskiego Czerwca 1956. Przy szpitalu stanął wtedy czołg wypożyczony z Muzeum Uzbrojenia, taki sam jak te, które dokonały pacyfikacji zbuntowanego miasta. Jego obecność pozwalała wyobrazić sobie skalę siły skierowanej przeciw mieszkańcom. Zwykła jeżycka ulica, betonowe chodniki, a obok ogromny, stalowy pojazd. Na fotografiach z otwarcia dobrze widać to zestawienie. Te zdjęcia mogą być pierwszym krokiem do przeczytania relacji ludzi, którzy naprawdę znaleźli się wtedy pod ostrzałem.
A.W.: Wystawa jest preludium do „Powstańczego Lazaretu ’56”. Co wydarzy się dalej?
P.C.: 24 października, w sobotę, od godziny 10.00 do 18.00, spotkamy się na dziedzińcu Szpitala Raszei na pikniku historycznym zamykającym tegoroczne jubileuszowe obchody Poznańskiego Czerwca 1956. Będą lazaret, rekonstruktorzy, aktorzy z Teatru Fuzja i Teatru Rozterki wcielający się w personel szpitala oraz archiwalne głosy z procesów poznańskich. Będzie też można przećwiczyć współczesną pierwszą pomoc.
Wystawa jest punktem wyjścia do tego spotkania. Najpierw poznajemy relację na planszy, później możemy usłyszeć ją w opowieści aktora, zobaczyć sprzęt, zadać pytanie. To kolejne sposoby dotarcia do historii tych samych ludzi.
Projekt realizujemy wspólnie ze Szpitalem Raszei, przy wsparciu poznańskiego oddziału IPN i Muzeum Powstania Poznańskiego – Czerwiec 1956. Otrzymaliśmy dofinansowanie z Muzeum Historii Polski w programie „Patriotyzm Jutra. Wielkie Rocznice”. Mecenasami są Miasto Poznań i Aquanet. Cieszę się, że wPoznaniu.pl objęło patronatem medialnym całe przedsięwzięcie. Dzięki temu możemy zaprosić do tej opowieści kolejne osoby.
A.W.: Jak obejrzeć wystawę, jeśli ktoś dopiero teraz o niej usłyszał?
P.C.: Można po prostu przyjść pod Szpital Raszei. Plansze znajdują się na ogrodzeniu od strony Mickiewicza i Zacisze. Są dostępne z ulicy do końca października. Nie trzeba biletu ani zapisu. Proponuję czytać je po kolei, ale można też zatrzymać się przy wybranej osobie i potem wrócić. Jeśli ktoś ma niewiele czasu, niech zacznie choćby od poranka Granatowicza albo opowieści Banasiak. Ważne, żeby zajrzeć w tekst i poznać człowieka.
Czytelników, którzy nie mogą dotrzeć na Jeżyce, zapraszamy do obejrzenia plansz wystawowych na portalu wPoznaniu.pl. Warto je powiększyć, przeczytać relacje i wracać do nich we własnym tempie. W ten sposób także osoba mieszkająca daleko od Poznania może przejść przez tamten dzień wraz z jego świadkami.
A wszystkich, którzy mogą przyjechać, zapraszam również 24 października na piknik historyczny „Powstańczy Lazaret ’56” na dziedzińcu Szpitala Raszei. Chciałbym, żeby po tym spotkaniu ktoś powiedział: „Już wiem, kim była ta pielęgniarka, dlaczego lekarz wyszedł na ulicę i co zrobił człowiek, dzięki któremu szpital potrafił przyjąć tylu rannych”.
Wystawa „Kule wpadały do sali operacyjnej. Poznański Czerwiec 1956 w relacjach pracowników Szpitala Miejskiego im. Franciszka Raszei” — ogrodzenie Szpitala Raszei przy ul. Adama Mickiewicza 2, od strony ulic Mickiewicza i Zacisze. Do końca października 2026 roku. Dostęp bezpłatny.
Piknik historyczny „Powstańczy Lazaret ’56” — sobota 24 października 2026, godz. 10.00–18.00, dziedziniec Szpitala Raszei. Wstęp wolny. Portal wPoznaniu.pl jest patronem medialnym projektu.










