Z Poznania na piłkarskie mistrzostwa świata. Na boisku wystąpi nie w roli piłkarza, a sędziego. Adam Kupsik, sędzia asystent Szymona Marciniaka, opowiedział nam o tym, jak wyglądała jego boiskowa droga na mundial i jak łączy sędziowanie z codzienną pracą w kancelarii adwokackiej.
Marta Maj: Czy w dzieciństwie marzył Pan o byciu piłkarzem i wyjeździe na mistrzostwa świata?
Adam Kupsik: Tak, to było moje – jak i wielu chłopaków – wielkie marzenie. Realizowałem je najlepiej jak potrafiłem. Od dzieciństwa grałem w piłkę, najpierw na podwórku, jak wszyscy chłopacy, jeszcze na asfaltowych boiskach, często bez bramek (za które robiły nam plecaki lub butelki). Później zapisałem się do szkółki piłkarskiej. Nie udało mi się jednak zostać piłkarzem. Gdy zorientowałem się, że moje umiejętności nie wystarczą, by zaistnieć w zawodowej piłce nożnej, zdecydowałem się zostać sędzią i znaleźć dla siebie inną rolę w świecie futbolu.
M.M.: Czy bycie sędzią piłkarskim zrekompensowało zatem to marzenie?
A.K.: Być może trochę tak, ale samo sędziowanie daje ogromną satysfakcję — szczególnie na tym poziomie. Zawsze chciałem być obecny przy najważniejszych meczach, czy to w Polsce, czy na arenie międzynarodowej.
M.M.: Jak w takim razie wyglądały Pana początki na boisku w roli sędziego?
A.K.: Na kurs sędziowski zapisałem się na pierwszym roku studiów. Zobaczyłem ogłoszenie o naborze do wydziału dyscypliny Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej i pomyślałem, że jako student prawa mogę się tam realizować i być blisko futbolu. Kiedy jednak odwiedziłem WZPN, zobaczyłem wydział sędziowski i duży plakat o naborze do kolegium sędziowskiego. Uznałem, że chcę spróbować. Po zakończeniu kursu i zdaniu egzaminów przystąpiłem do pracy jako sędzia na najniższych szczeblach rozgrywkowych — w meczach juniorskich czy w B klasie. Nabierałem tam umiejętności, które dziś procentują.
M.M.: Kiedy poczuł Pan, że to nie jest już tylko przygoda z sędziowaniem, a kariera sędziowska?
A.K.: Myślę, że gdy sędziowie wchodzą na poziom centralny, zaczynają traktować to znacznie poważniej. Sędziując zawodowym piłkarzom, nie można myśleć o tym wyłącznie w kategoriach hobby. Na arbitrze spoczywa odpowiedzialność za przebieg meczu, a jego decyzje mają realny wpływ na wynik sportowy.
M.M.: Postawił Pan na chorągiewkę, a nie na gwizdek. Skąd profesja sędziego asystenta? Nie chciał Pan pokierować swojej kariery w kierunku głównego?
A.K.: Jako sędzia główny doszedłem do poziomu czwartej ligi. W tym momencie trzeba podjąć decyzję, czy rozwijać się jako sędzia główny, czy jako asystent. W czwartej lidze dostałem propozycję udziału w programie CORE organizowanym przez PZPN. W Spale przeszliśmy szereg szkoleń, sprawdzianów fizycznych i teoretycznych. Następnie wytypowano kilku sędziów, którzy dostali szansę pracy jako asystenci na poziomie centralnym. Mnie udało się przez ten proces przejść i w ten sposób zostałem asystentem najpierw w drugiej, a potem w pierwszej lidze. Po prostu dobrze czułem się w tej roli i osiągałem dobre wyniki.
M.M.: Jak znalazł się Pan w zespole sędziowskim Szymona Marciniaka?
A.K.: Decyzję o zmianach w swoim zespole podjął Szymon i to jego trzeba by zapytać, dlaczego mnie wybrał. Ja po prostu robiłem swoje — pracowałem, rozwijałem się i wykorzystywałem kolejne szanse. Sędziuję od 19 lat, a dojście do poziomu międzynarodowego zajęło mi 14 lat. Z Szymonem, jak i z pozostałymi sędziami, z którymi wybieramy się na mistrzostwa świata, łączy nas bardzo dobra więź — jesteśmy kumplami. To ważne nie tylko na boisku, ale też poza nim. Te relacje przekładają się bezpośrednio na współpracę podczas meczu.
M.M.: Szymon Marciniak mówił w wywiadach, że nie sędziuje tylko w najwyższych ligach, ale wciąż zdarza mu się stawać na boisku podczas meczów niższych lig. Panu również?
A.K.: Jak najbardziej. Gdy tylko mam czas – bo oprócz roli sędziego asystenta pełnię też funkcję sędziego VAR w Ekstraklasie i pierwszej lidze – bardzo chętnie sędziuję w niższych ligach. Wtedy sięgam też po gwizdek, przede wszystkim dlatego, że po prostu lubię to robić. Sędziowanie na środku boiska pozwala mi też lepiej zrozumieć, czego oczekuje ode mnie sędzia główny w najważniejszych meczach – to naprawdę zmienia optykę. Poza tym sędziowanie to nie tylko Ekstraklasa czy Liga Mistrzów. Piłka żyje też w czwartej, piątej lidze, w A klasie, B klasie. Tam piłkarze często grają z takim samym zaangażowaniem jak na najwyższym poziomie. Nie można tego bagatelizować – a dla mnie to też duża frajda, kiedy mogę pojechać i posędziować mecz w powiatowych miastach w Wielkopolsce.
M.M.: Był Pan na mistrzostwach Europy, na klubowych mistrzostwach świata, sędziował pan mecze Ligi Mistrzów czy Ligi Europy. Jakby porównał pan ze sobą te rozgrywki? Czy przyszłe mistrzostwa świata, na które Pan jedzie, będą numerem jeden na tej liście?
A.K.: Myślę, że każdy mecz na arenie międzynarodowej, który sędziowałem, przygotowywał mnie do mistrzostw świata. To najważniejszy turniej piłkarski na świecie. Presja, oglądalność i stawka – wszystko jest tu na najwyższym poziomie. To największe wyzwanie w mojej dotychczasowej karierze. Ale tak naprawdę każdy mecz, nawet od najniższych lig, budował to doświadczenie i przygotowywał mnie do tego momentu.
M.M.: Nie jest tajemnicą, że oprócz bycia sędzią piłkarskim, ma Pan również swoją kancelarię adwokacką. Jak godzi Pan sędziowanie na tak wysokim szczeblu z pracą adwokata?
A.K.: Wymaga to dobrej organizacji, to na pewno. Z mojego punktu widzenia daje mi to też przewagę w pracy zawodowej – szczególnie w sytuacjach wymagających szybkiej analizy i podejmowania decyzji pod presją, na przykład na sali sądowej. Doświadczenia z boiska można dobrze przenieść na grunt adwokacki. Te dwa światy dobrze się uzupełniają i mają ze sobą więcej wspólnego, niż może się wydawać.
M.M.: Dziękuję za rozmowę.







