Nie ma tu klas, ławek, dzwonka na przerwę. Są za to uczniowie, nauczyciele i chęć zdobywania wiedzy. Zespół Szkół nr 110 dla Dzieci Przewlekle Chorych przy Szpitalu Klinicznym im. Karola Jonschera w Poznaniu działa w nietypowy sposób. Odwiedziliśmy go, by dowiedzieć się, jak funkcjonuje.
Po przekroczeniu bramy wjazdowej do szpitala przy ul. Szpitalnej kierujemy się do jednego z budynków, wyglądającego jak blok mieszkalny. Przed wejściem widać przyczepioną do ściany czerwoną tabliczkę z numerem placówki. To tu ma swoją siedzibę Zespół Szkół nr 110 dla Dzieci Przewlekle Chorych przy Szpitalu Klinicznym im. Karola Jonschera w Poznaniu. Jednak lekcje odbywają się w zupełnie innym miejscu – na szpitalnych oddziałach, gdzie przebywają mali pacjenci.
Chorowanie wielu uczniom kojarzy się z wolnym czasem, wylegiwaniem się w łóżku i spędzaniu długich godzin przed ekranem. Tymczasem istnieje grupa dzieci chorujących przewlekle, odwiedzających szpital regularnie. Badania, zabiegi, leczenie. Wszystko to wymaga obecności na oddziale. To dziesiątki, a czasem i setki opuszczonych godzin lekcyjnych, które trzeba nadrobić przed powrotem do szkoły. Dlatego właśnie w szpitalu funkcjonuje szkoła. Dzięki temu uczniowie nie muszą nadrabiać zaległości we własnym zakresie. Z omawianym na lekcjach materiałem są na bieżąco.
– Nauka w przyszpitalnej szkole rozpoczyna się już od początku pobytu ucznia w szpitalu. Zgodnie z przepisami pacjent ma obowiązek uczestniczenia w zajęciach dopiero od dziewiątego dnia pobytu, jednak jeśli dzieci i rodzice chcą, włączamy je do edukacji. Pacjenci przewlekle chorzy, np. na cukrzycę czy mukowiscydozę, którzy przyjeżdżają do szpitala regularnie, zaczynają naukę już od początku pobytu. Zdarzają się uczniowie, którzy rozpoczynają naukę w naszej szkole na początku swojej edukacji i wracają do nas regularnie, aż do osiągnięcia dorosłości – mówi Beata Łukomska, dyrektor Zespołu Szkół nr 110 dla Dzieci Przewlekle Chorych w Poznaniu.
Bez ławek i bez dzwonka, ale z planem lekcji
Nie ma tu tradycyjnych lekcji, jest za to praca nauczyciela z uczniem-pacjentem. Nauka najczęściej odbywa się przy łóżku dziecka. Zdarza się tak, że na oddziale znajduje się kilkoro dzieci z tego samego rocznika, ale każde ma w swojej szkole inny podręcznik, omawia inny materiał. Nauczyciel dostosowuje się wtedy do ucznia indywidualnie.
– Tu musimy docenić naszych nauczycieli. Uczniowie czasami sami mają problem, by wskazać, co omawiali ostatnio. Nauczyciele muszą więc to wybadać. Niekiedy jest też tak, że aby pracować z uczniem nad nowym materiałem, trzeba najpierw nadrobić z nim zaległości. Dla dzieci to okazja, żeby wykorzystać czas pobytu w szpitalu na naukę sam na sam z nauczycielem – wyjaśnia Beata Łukomska.
W szkole nie ma wprawdzie ławek i klas, jest za to plan lekcji. Nauczyciel konkretnego przedmiotu jest na oddziale przez kilka wyznaczonych godzin danego dnia. Ten czas ma przeznaczony na naukę np. dzieci z klas 4-6. Następnego dnia przychodzi na ten sam oddział, ale spotyka się z innymi uczniami, np. z klas 7-8. W kolejnym dniu odwiedza licealistów. Uczniowie młodszych klas, którzy odbyli z nim zajęcia w poprzednich dniach, mają wtedy lekcje z innego przedmiotu. Szkoła stara się układać plan lekcji tak, by ten sam nauczyciel mógł uczyć zarówno uczniów podstawówki, jak i licealistów. Po pierwsze, ze względów sanitarnych na oddziały nie powinno się wprowadzać zbyt wielu osób. Po drugie, dzieci przewlekle chore pojawiają się w szpitalu regularnie, więc dobrze jest, gdy znają już nauczyciela.
– Mamy uczniów, których znamy od szkoły podstawowej, a niedługo będą już kończyć szkołę średnią. Niektórzy są bardzo ciężko chorzy. Miesiącami przebywają na oddziałach. Gdyby nie nauka podczas pobytu w szpitalu, nie byliby w stanie pociągnąć edukacji, a tymczasem są wśród nich uczniowie najlepszych poznańskich liceów. Tu widzimy, jak nasza praca przynosi efekty – wskazuje Romualda Rabsztyńska, zastępca dyrektora Zespołu Szkół nr 110 dla Dzieci Przewlekle Chorych w Poznaniu.
Tu pracują pasjonaci
W szkole pracuje 78 nauczycieli. I kadra wciąż się rozrasta. Jeszcze kilka lat temu było ich o połowę mniej. Jednak szpital się rozbudowuje, oddziały są przeorganizowywane, a to sprawia, że szkoła musi iść z duchem zmian. Oprócz wf-u i niektórych języków obcych pracują w niej nauczyciele wszystkich przedmiotów.
– Jeszcze dwa lata temu każdy nauczyciel pracujący w naszej szkole musiał mieć ukończoną pedagogikę leczniczą. Odkąd zmieniły się przepisy, nie jest to już konieczne, ale uważam, że to cenna wiedza, którą warto mieć w tej pracy. Szczególnie w przypadku nauczycieli młodych, bo tutaj bardzo ważne jest doświadczenie. Mamy w zespole też młodych pracowników i widać, że to pasjonaci – mówi Romualda Rabsztyńska.
Nauczyciele tradycyjnych przedmiotów, jak język polski i matematyka, to tylko część kadry. W szpitalu funkcjonuje też prowadzona przez nauczycieli szkoły świetlica, w której odbywają się zajęcia pozalekcyjne prowadzone przez wychowawców. Działa dobrze wyposażona biblioteka. Organizowane są konkursy, koncerty, spotkania z ciekawymi osobami. Tak jak w tradycyjnej szkole. Są zatem też oceny i egzaminy.
– Od dawna trwa dyskusja o tym, czy w szpitalu powinny być wystawiane oceny za naukę. Wiele osób myśli, że są nagrodą za pobyt w szpitalu, prezentem. My mamy jednak świadomość, że ta ocena również ma wymiar terapeutyczny. Dziecko chore, które źle się czuje, ma inne warunki do oceniania niż w szkole masowej. Walczymy jednak z tym, aby uczeń, który w swojej szkole ma oceny dostateczne, u nas
nie otrzymywał samych piątek. Oceny muszą być wiarygodne, a uczniowie mają dostawać je za wiedzę, a nie za samą aktywność. Niektóre szkoły macierzyste nie chcą akceptować wystawiany przez nas ocen, jednak to coraz rzadsze – stwierdza Beata Łukomska.
Egzamin w szpitalu? To możliwe
Są też przypadki, gdy szkoła nie tylko wystawia oceny, ale też przeprowadza egzaminy. Zespół Szkół nr 110 dla Dzieci Przewlekle Chorych w Poznaniu na szpitalnych oddziałach organizuje egzaminy ósmych klas. Żeby tak się stało, rodzic musi złożyć do szkoły specjalny wniosek o organizację egzaminu państwowego w warunkach szpitalnych, a lekarz musi wyrazić zgodę na przeprowadzenie egzaminu. Następnie szkoła zgłasza się do szkoły macierzystej ucznia z prośbą o wskazanie dostosowań, które musi zapewnić (np. wydłużony czas). Po zebraniu wszystkich koniecznych pism dyrekcja prosi
Okręgową Komisję Egzaminacyjną o przygotowanie arkuszy.
– Przeprowadzenie państwowego egzaminu w szpitalu wymaga od nas zapewnienia uczniom warunków takich, jakie mają na egzaminach w szkole. To nie może być kąt w świetlicy. Musi być odrębna sala, cisza, zespół egzaminacyjny. Jesteśmy jednak gotowi przeprowadzić taki egzamin – mówią nauczycielki.
Są też trudne sytuacje. Zdarzyło się, że uczennica, która była pacjentką onkologii podeszła do egzaminu z języka polskiego, a popołudniu doszło do komplikacji po zabiegu wymiany portu i do dalszych testów już nie przystąpiła. Nauczycielki wspominają również egzamin na oddziale transplantologii, który był dużym przeżyciem dla kadry. Jak zaznaczają, mimo wskazań do zwolnienia chłopca z egzaminu, miał on dla niego duże znaczenie terapeutyczne.
– Na tym oddziale wszelkie podawane materiały musiały przejść przez sterylizator. Wszyscy mieli na sobie zielone kitle. Jednak dla ucznia było bardzo ważne, by móc zdawać egzamin tak samo jak jego koledzy z klasy, w tym samym czasie – wspomina Beata Łukomska.
W szkole przy szpitalu każdy uczeń jest traktowany indywidualnie. Można to wyczytać w sposobie, w jaki nauczycielki opowiadają o swojej pracy. To nie są tylko lekcje. To towarzyszenie małym pacjentom. Nie tylko w chorobie, ale i w ich codzienności, która na chwilę przenosi się na szpitalny oddział. Dzięki nim mogą na chwilę zapomnieć o badaniach i znów poczuć się po prostu uczniami.





