Pasażerów latających z Poznania przybywa lawinowo. Niebawem konieczna będzie rozbudowa portu lotniczego na Ławicy. O tym, dlaczego do tego potrzebne są nocne loty i dlaczego większa liczba lotów może oznaczać mniej hałasu na nocnym niebie rozmawiam z Grzegorzem Bykowskim, prezesem zarządu Portu Lotniczego Poznań Ławica.
Marek Jerzak: W hali odlotów widać sporo podróżnych. Jak wygląda ruch na Ławicy?
Grzegorz Bykowski: Sytuacja jest dobra. Od zakończenia pandemii COVID-19 poznańskie lotnisko jest na ścieżce rozwoju. Nie zawsze jest on tak samo dynamiczny, ale to jest uwarunkowane rynkiem. Każdy, kto na nim funkcjonuje, wie, że nie można tak samo szybko rozwijać się przez dłuższy czas. Po dodaniu nowych kierunków albo zwiększeniu częstotliwości lotów na już funkcjonujących trzeba troszeczkę rynek przyzwyczaić, dać ludziom zapoznać się z ofertą, by ją sprzedać.
M.J.: W ostatnim roku poznański port lotniczy notował wzrosty rzędu nawet kilkudziesięciu procent rok do roku.
G.B.: To przede wszystkim efekt ciężkiej pracy moich kolegów. Drugi rok z rzędu doceniła nas ACI, czyli Międzynarodowa Rada Lotnisk, która plasuje nas w pierwszej piątce najszybciej rozwijających się lotnisk w Europie (red. w kategorii portów obsługujących od 1 do 10 mln pasażerów).
M.J.: A jak wygląda procentowo przyrost pasażerów rok do roku?
G.B.: Porównując pierwszy kwartał tego roku z pierwszym kwartałem ubiegłego, możemy pochwalić się 28-procentowym wzrostem liczby podróżnych. To bardzo szybkie tempo rozwoju, zwłaszcza mając w pamięci, że cały zeszły rok zamknęliśmy prawie 30-procentowym wzrostem względem roku wcześniejszego.
M.J.: Skąd takie imponujące wyniki?
G.B.: Po pierwsze, rynek polski ma to do siebie, że szybko się rozwija. Po drugie – rozwija się cała branża lotnicza w Europie. Jeśli chodzi o Ławicę, to chcę pochwalić koleżanki i kolegów odpowiedzialnych za rozwój siatki połączeń. Przede wszystkim pochwalić jednak chcę poznaniaków i Wielkopolan za to, że korzystają z coraz lepszej oferty naszego lotniska. To ważne. Trzeba pamiętać, że poznaniacy są w doskonałej sytuacji – w pobliżu żadnego dużego miasta w Polsce nie ma takiego wyboru lotnisk. W odległości trzech godzin podróży mają dwa duże lotniska, czyli Berlin i Warszawę.
M.J.: Dla samego poznańskiego portu oznacza to chyba sporą konkurencję?
G.B.: To jest trochę jak w hipermarketach – w dużych można ustrzelić najlepsze promocje. Im większe lotnisko, tym łatwiej o tańsze połączenia. Jeżeli ktoś jest elastyczny co do godzin czy dni wylotu, to wiadomo, że mając ofertę z dużego lotniska jest w stanie znaleźć sobie naprawdę tanie bilety. Gdy w 2019 roku cieszyliśmy się, że od nas do Paryża można polecieć częściej, bo cztery razy w tygodniu, to w tym samym czasie z Berlina można było polecieć do Paryża aż 130 razy. Oferta z Berlina jest gigantycznie większa od naszej. To, z czego ja się bardzo cieszę, to fakt, że mimo tej konkurencji coraz więcej poznaniaków wybiera Ławicę jako miejsce, w którym zaczynają swoją podróż.
M.J.: A dokąd latamy z Ławicy najczęściej?
G.B.: Są pewne mody. W ostatnich dwóch, trzech latach bardzo mocna zrobiła się Hiszpania. Alicante to top naszych kierunków, lata tam teraz z Polski zdecydowanie więcej samolotów, niż do bardziej popularnej kiedyś Barcelony. Ale i tu jest dobrze – odkąd Robert Lewandowski zaczął grać w Barcelonie, ruch do tego miasta wzrósł co najmniej o 20-30 proc., poznaniacy i Wielkopolanie latają bowiem na mecze. W 2023 roku mieliśmy gigantyczny wysyp kierunków do Włoch. Długo pracowaliśmy też nad otwarciem połączenia do Lizbony i ono jest. To jednak oznacza, że nie będziemy mieli Porto z Poznania, bo dwa największe portugalskie miasta dzielą tylko dwie godziny drogi. Ważna jest dla nas częstotliwość lotów – im jest ona większa, tym większa jest możliwość stworzenia dopasowanego produktu dla pasażera indywidualnego, ale i dla touroperatora. Ostatnie dwa lata stały pod znakiem rozwoju kierunków włoskich – co mam nadzieję cieszy poznaniaków.
M.J.: Czy w kolejnych miesiącach poznański port nadal będzie rósł w kategorii liczby obsługiwanych pasażerów?
G.B.: Polska jest wskazywana jako rynek, gdzie te wzrosty są i cały czas będą. Ocena pierwszego półrocza bieżącego roku jest bardzo dobra. Co do planów dotyczących końca roku też jesteśmy optymistami. Chcielibyśmy, żeby nam nikt albo nic już nie przeszkadzało. Mam na myśli pożary, trzęsienia ziemi, wojny, epidemie. Wzrosty nie będą już tak spektakularne, ale mam nadzieję, że będziemy je notowali.
M.J.: Czy ewentualne zakończenie wojny w Ukrainie może wygenerować dodatkowy ruch na naszym lotnisku?
G.B.: Zdecydowanie. Proszę pamiętać, że przed wojną co dziewiąty samolot startujący z Polski leciał właśnie w kierunku Ukrainy. Ryanair już dawno zapowiedział, że gdy tylko się zakończy wojna i będzie bezpiecznie, to oni tam zainwestują gigantyczne pieniądze. Podobnie chcą zrobić inne linie, więc powiedziałbym, że świat lotniczy jest przygotowany na otwarcie połączeń do Ukrainy.
M.J.: A na jakie nowe połączenia mogą liczyć jeszcze poznaniacy?
G.B.: Tego nie mogę powiedzieć, bo to nie Ławica otwiera nowe połączenia, ale przewoźnicy. Byłoby to biznesowo nieakceptowalne, gdybym coś zdradził, w świecie lotniczym obowiązuje savoir vivre . Gdy linie będą miały coś do ogłoszenia, to na pewno to ogłoszą i na pewno zrobią to wspólnie z nami.
M.J.: A kiedy będą bezpośrednie połączenia do Stanów Zjednoczonych?
G.B.: By takie połączenie miało sens, dajmy na to do Nowego Jorku, to musiałoby ono być realizowane co najmniej trzy-cztery razy w tygodniu. A to oznacza, że musiałoby być ok. tysiąc pasażerów chętnych polecieć każdego tygodnia z Poznania do Nowego Jorku, również tysiąc osób z Nowego Jorku tygodniowo musiałoby chcieć latać do Poznania. Wątpię, byśmy mieli tylu zainteresowanych taką podróżą. Dziś możemy mówić o tym, że ok. 1,5 tys. osób lata z i do Poznania, ale do wszystkich miast w USA, a nie jednego. Nawet zakładając, że otwarcie takiego połączenia zwiększy zainteresowanie lotami do przykładowego Nowego Jorku, to… nadal „troszkę” nam brakuje. Myślę, że takie loty będą możliwe za 5-7 lat, kiedy linie lotnicze będą miały więcej wąskokadłubowych (czyli do 230 miejsc) samolotów dalekodystansowych, które pozwolą na loty do i z Poznania np. na wschodnie wybrzeże USA. Dziś, patrząc na prognozy dostaw nowych samolotów przez producentów, wydaje się, że wąskokadłubowe samoloty dalekiego zasięgu będą odgrywały coraz większą rolę.
M.J.: Skąd linie czy port lotniczy wiedzą, dokąd poznaniacy chcą latać i dokąd podróżują najczęściej?
G.B.: Mamy takie dane. Wiemy, dokąd lecą pasażerowie, nawet jeśli dalej się przesiadają, znamy ich port docelowy. Z naszych analiz wynika, że w ostatnim roku korzystając z przesiadek realizowanych na jednym bilecie, pasażerowie z Poznania najczęściej latali do Brukseli, Paryża i Zurychu.
M.J.: Pasażerów przybywa, więc i w przestrzeni publicznej mówi się o rozbudowie portu lotniczego. Czy w tej chwili to największe wyzwanie?
G.B.: Są też inne. Trzeba mówić o tym głośno: żadne lotnisko w Polsce nie wypłaciło więcej odszkodowań za hałas niż Ławica. Wydaliśmy na to ponad 150 mln zł. Lotnisko w Warszawie jest cztery razy większe, a zapłaciło dużo mniej. Co więcej, poznańskie lotnisko zapłaciło dużo, dużo więcej niż wszystkie polskie lotniska razem wzięte! Nieprawdą jest, że to skutek położenia lotniska blisko centrum miasta – przy lotnisku zawsze ktoś mieszka, nie ma przecież lotnisk na środku pustyni. Nie ma drugiego portu, który by tak dużo zrobił dla lokalnej społeczności, a jednocześnie miał tak duże ograniczenia w funkcjonowaniu. Poznań jest miastem, które bardzo konserwatywnie podchodzi do kwestii ochrony środowiska. Trzeba jasno sobie powiedzieć, że jeśli chcemy mieć lotnisko rozwijające się, musimy częściowo dopuścić nocne operacje. Inaczej dobijemy do 5 mln pasażerów rocznie i na tym się zatrzymamy. Więcej przy obecnych uwarunkowaniach środowiskowych się nie da. Tym samym stanie też rozwój turystyki w mieście.
M.J.: Czasem jednak widzimy lądujące nocą samoloty.
G.B.: Tak, mamy pozwolenie na dwanaście operacji – czyli startów i lądowań – w nocy. I nie jest ważne, czy będzie to dwanaście głośnych czy cichych operacji. To nie operacje hałasują, a samoloty, a o nich nie ma tu mowy. Jaką więc mamy zachętę, by szukać na nocne loty cichszych samolotów? Nie jest tajemnicą, że w tej chwili są samoloty, które są istotnie cichsze, ale one są też droższe, więc trzeba przekonać przewoźników do tego, żeby wysyłali do Poznania nowoczesne konstrukcje, takie jak Airbus 321neo czy Boeing 737 MAX. Bezsensem jest więc trzymanie się tych dwunastu operacji bez względu na ich głośność. Moim zdaniem korzystniejsza dla środowiska byłaby większa liczba operacji, ale wykonywanych cichymi samolotami.
M.J.: Czyli bez zmian w decyzjach środowiskowych rozbudowa portu lotniczego do obsługi większej liczby pasażerów nie ma za bardzo sensu?
G.B.: Te nocne loty są potrzebne, bez nich nie da się rozwijać lotniska. Wrocław ma dużo operacji w nocy, Katowice w zasadzie funkcjonują całą dobę. Oni nie mają żadnych ograniczeń i do tego jeszcze nie wypłacili nawet zbliżonych wartości odszkodowań! Będziemy starali się przekonać instytucje, że jesteśmy w stanie zmniejszyć hałas w nocy, ale że jednocześnie tych samolotów po godz. 22 będzie trochę więcej. Chodzi o to, żeby bardziej elastycznie zarządzać hałasem, żeby wskaźniki, na podstawie których mierzy się oddziaływanie hałasu bardziej odzwierciedlały stan panujący na lotnisku.
M.J.: A jeśli uda się osiągnąć ten cel, czy Ławicę czeka rozbudowa?
G.B.: Tak, potrzebujemy większej płyty postojowej i powstanie ona po zachodniej stronie terminala. Zleciliśmy też opracowanie koncepcji funkcjonalnej rozbudowy terminala. Przygotowało ją Studio ADS wraz z partnerem merytorycznym i współkonsorcjantem, firmą Scott Brownrigg. To jedno z największych biur na świecie, które projektowało port lotniczy w Stambule czy terminal na Heathrow. Na podstawie tej koncepcji architekci stworzyli trzy warianty – dwa piętrowe i jeden parterowy – rozbudowy terminalu. Właśnie skończyliśmy długi proces konsultacji tej koncepcji z służbami i firmami z poznańskiego lotniska.
M.J.: I który z wariantów ma szansę na realizację?
G.B.: Tą decyzję podejmujemy właśnie w tym momencie. Jest ona uzależniona przede wszystkim od oczekiwań linii lotniczych oraz finalnego kosztu inwestycji. Myślę, ze lada dzień będziemy mogli zacząć kolejny etap projektowania, który już będzie czytelnie wskazywał wybraną koncepcję.
M.J.: Czy do samolotów w przyszłości wejdziemy przez rękawy?
G.B.: Lotnisko to pierwsze miejsce, w którym pasażer przylatujący do Poznania styka się z miastem. To tworzy wrażenie, więc ważne jest, by obsługa oraz infrastruktura były na odpowiednim poziomie. Trzeba jednak pamiętać, że tanie linie nie chcą korzystać z rękawów i to nie chodzi tylko o cenę za tę usługę. Im chodzi o czas. Wprowadzenie pasażerów na pokład bezpośrednio z płyty lotniska jest szybsze. Pamiętajmy, że Ryanair ma zaledwie pół godziny między lądowaniem samolotu a startem do kolejnego lotu na wszystko to, co trzeba zrobić z pasażerami, bagażem i samą maszyną. Druga rzecz, która jest istotna, to tych kilka połączeń dziennie do Frankfurtu, Monachium, Amsterdamu czy Kopenhagi. One przeważnie nie są realizowane samolotami, które korzystają z rękawów, bo te samoloty są po prostu mniejsze. I tak samo jest w portach, do których te maszyny lecą – tam też pasażerowie opuszczają pokład schodkami, choć przecież te lotniska są wyposażone w rękawy.
M.J.: Kiedy zobaczymy ten nowy terminal?
G.B.: Jeżeli poradzimy sobie z decyzjami środowiskowymi w ciągu dwóch lat, to pierwszy etap przebudowy zacznie się w ciągu trzech-czterech lat.