Widział więcej gatunków niż większość z nas słyszała. Może pochwalić się zbiorami w każdym zakątku Polski i różnych krańcach świata. Wielkopolskie lasy zna jak własną kieszeń. Piotr Grześ – grzyboznawca, który swoją pasją zaraża innych i pokazuje, że nie taki grzyb straszny jak go malują. W mediach społecznościowych prowadzi blog pod nazwą „Grzybów znawca” i z całą pewnością zna się na nich, jak mało kto.
Aleksandra Wróblewska: Czy sezon grzybowy rozkręcił się na dobre dla przeciętnego grzybiarza?
Piotr Grześ: Tak, dla przeciętnego grzybiarza to teraz najlepszy czas na wyjście do lasu. Mamy apogeum występowania najbardziej poszukiwanych gatunków jadalnych, takich jak borowiki, rydze, koźlarze czy kanie. Lada moment pojawią się też gąski, więc jest w czym wybierać.
A.W.: A dla Pana?
P.G.: Dla mnie również, ponieważ gdy rosną gatunki pospolite, łatwiej natrafić na coś rzadkiego i ciekawego. Pod warunkiem, że sprzyja pogoda – tak jak w tym roku, gdy opady są przeplatane umiarkowanymi temperaturami i nie ma upałów wysuszających podłoże.
A.W.: Jednym z Pana ulubionych gatunków są rydze. Gdzie należy ich szukać? Na co zwracać uwagę przy zbieraniu?
P.G.: Rydzów nie szukamy w dojrzałym, wysokim lesie. Zazwyczaj rosną przy młodych sosnach, na gruntach porolnych, skrajach lasów czy zarośniętych działkach przeznaczonych pod budowę. Bardzo je lubię, bo są niezwykle widowiskowe, a gdy już się pojawią, występują masowo. Wyciąganie tych „rudzielców” spod igliwia to świetna zabawa.
A.W.: Zapytałam podchwytliwie i takiej odpowiedzi się spodziewałam. Opisał Pan miejsce występowania grzybów, ale nie konkretną lokalizację. Dlaczego Pan ich nie zdradza?
P.G.: Żaden rozsądny grzybiarz nie zdradza swoich dokładnych miejscówek. Powód jest prosty: gdy pojawi się tam setka innych osób, w lesie nie zostanie kamień na kamieniu. Całe piękno udanego grzybobrania polega właśnie na trafieniu w punkt, w którym nikogo wcześniej nie było.
A.W.: Nie tak dawno znalazł Pan w Poznaniu szatany… Co w tym grzybie jest takiego wyjątkowego i dlaczego szatan u znawcy, a szatan u pospolitego grzybiarza, to dwa różne grzyby?
P.G.: „Szatanem” niefortunnie nazywa się kilka różnych gatunków. Pospolicie mianem tym określa się goryczaka żółciowego – grzyba nietrującego, ale tak gorzkiego, że pojedynczy okaz potrafi zepsuć całą potrawę. W rejonach górskich szatanem bywa nazywany również gorzkoborowik żółtopory, charakteryzujący się podobną goryczą i łudząco podobny do krwistoborowika szatańskiego. Jednak ten prawdziwy, oryginalny krwistoborowik szatański to niezwykle rzadki gatunek o zaledwie kilku potwierdzonych stanowiskach w Polsce. Jest ściśle związany z glebami wapiennymi, których w Wielkopolsce niemal nie ma.
A.W.: Jeśli o muchomory chodzi, to sporo mówi się, że sromotnikowe są podobne do czubajek kań. Czy nie lepiej po prostu nie zbierać takich grzybów jak popularne sowy, jeśli się ich dobrze nie zna?
P.G.: Zawsze powtarzam: nie zbierajmy żadnego grzyba, co do którego nie mamy pewności. Kluczem jest odpowiednie przygotowanie – niezależnie od tego, czy wiedzę przekazują nam rodzice, dziadkowie czy zdobywamy ją na kursach i spacerach mykologicznych z ekspertem. Najważniejsze, by nauczyć się rozpoznawać gatunki na własne oczy. Szybko okaże się wtedy, że pomylenie czubajki kani z muchomorem zielonawym (sromotnikowym) jest w praktyce trudne. Nie obawiałbym się zbierania kań, choć doświadczenie uczy, że przy braku uwagi pomylić można wszystko. Oba gatunki dzielą podobne siedliska i mogą rosnąć tuż obok siebie. Najczęstszy błąd wynika ze zbierania zbyt młodych, niewykształconych owocników. Choć dojrzała kania i muchomor sromotnikowy różnią się budową, zapachem i wyglądem, to w stadium bardzo młodym, zamkniętym, faktycznie mogą stanowić pułapkę dla amatora.
A.W.: A co ze sprawdzaniem grzybów? Sanepid jest czynny do soboty (od końca września). Co można zrobić, jeśli się zbiera w weekend, nie ma się pewności, a instytucja, która powinna pomóc, ma wolne? Czy jest na to jakieś rozwiązanie?
P.G.: Zasada jest prosta: brak pewności oznacza, że grzyb zostaje w lesie. Jeśli jednak chcemy poszerzyć swoją wiedzę, możemy skonsultować się z osobami posiadającymi odpowiednie uprawnienia lub doświadczenie – grzyboznawcami, klasyfikatorami, leśnikami czy pracownikami Sanepidu. Pomocne bywają też specjalistyczne grupy grzybowe w mediach społecznościowych, gdzie eksperci – w tym ja sam – po godzinach pomagają w identyfikacji. Trzeba jednak pamiętać, że rozpoznanie grzyba ze zdjęcia jest zawsze obarczone większym ryzykiem niż ocena żywego okazu w jego naturalnym środowisku.
A.W.: Czy grzybobranie staje się modą?
P.G.: Tak, sam się nad tym niedawno zastanawiałem i niechlubnie przyznaję, że mogłem się do tego trendu trochę przyczynić. Z roku na rok obserwuję coraz większy napływ osób dobrze wyedukowanych, ale też rosnącą odwagę u przeciętnych grzybiarzy i celebrytów, którzy chętnie chwalą się w sieci swoimi zbiorami. To naturalnie przyciąga innych – także tych, którzy dotąd nie interesowali się grzybami lub pamiętali las jedynie z dzieciństwa.
A.W.: Czy są w Polsce jakieś grzyby, których obecnie Pan szuka?
P.G.: Właśnie wybieram się na poszukiwania gatunków ściśle związanych z glebami wapiennymi, takich jak chociażby krwistoborowik purpurowy, oraz innych rzadkich, kolorowych borowików, których nie miałem jeszcze okazji zobaczyć na żywo. To piękna przygoda bez końca – nie ma człowieka, który widziałby lub zebrał wszystkie gatunki grzybów. W grzybobranie można się bawić przez całe życie.
A.W.: Czyli w Pana przypadku lista nigdy się nie skończy…
P.G.: Nigdy. I co ważne – ja wolę odnajdywać grzyby sam. Zamiast pytać innych o gotowe lokalizacje i tylko „zaliczać” gatunki, najbardziej lubię samemu przestudiować siedlisko i poczuć satysfakcję ze znalezienia nowego okazu własnymi siłami.
A.W.: Dziękuję za rozmowę.





