Nadeszła jesień, a wraz z nią… jeże. I choć aktywne są cały rok, to właśnie z tą porą roku kojarzą się nam najbardziej. W tym okresie są też stałymi gośćmi, a raczej pacjentami Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt, prowadzonego przez Fundację Z Dzikiej Strony. O tym, jak funkcjonuje ośrodek, rozmawiam z lek. weterynarii Patrycją Woszczyło, która pracuje w poznańskim punkcie przyjęć fundacji, przy ul. Jugosłowiańskiej 23A.
Marta Maj: Przy wejściu do gabinetu widziałam, jak udzielano pomocy małemu jeżowi. Czy teraz to właśnie te zwierzęta są najczęstszymi pacjentami?
Patrycja Woszczyło: Tak, jesień to jeżowa kumulacja. W Wielkopolsce mamy dwa gatunki jeży – wschodnie i zachodnie. Okresy rozrodcze dla obu gatunków są rozdzielone, więc wiosną mamy mioty jeży wschodnich, a późnym latem i jesienią – zachodnich. Teraz przyjmujemy więc jeże wschodnie, które nie do końca poradziły sobie z samodzielnością, osierocone lub poszkodowane jeże zachodnie, a do tego dorosłe, które zachorowały lub z innego powodu potrzebują pomocy.
M.M.: Z jakimi problemami najczęściej trafiają do Was jeże?
P.W.: Jesienią jeże chorują najczęściej przez pasożyty. Nierzadko jednak interwencja jest też konieczna ze względu na pogryzienia przez psy lub wypadki komunikacyjne, np. potrącenie przez samochód czy zderzenie z hulajnogą elektryczną. Ta druga przyczyna wcale nie jest dla jeża lżejsza, bo po takim zderzeniu jeż potrafi wciąż żyć i trafić do nas np. z roztrzaskaną czaszką. Pojawiają się też sytuacje, gdy jeż wpada pod kosiarkę.
M.M.: A jakie zwierzęta poza jeżami trafiają do Was najczęściej?
P.W.: Jeśli miałabym podsumować ostatni miesiąc, jeże idą łeb w łeb z gołębiami. Oprócz nich trafiają do nas wszystkie gatunki zwierząt, które można spotkać w mieście, poza dzikami. Ostatnio mieliśmy pod opieką bobra. Zajmujemy się też ptakami – czasami trafiają do nas gatunki, które zazwyczaj nie występują w Poznaniu, które zostały poszkodowane podczas przelotu przez miasto.
M.M.: Czy zdarza się, że pod opiekę fundacji trafia zwierzę, któremu ktoś próbował już udzielić pomocy, ale jeszcze bardziej mu tym zaszkodził?
P.W.: Mogłabym powiedzieć, że to nasz chleb powszedni. Widzimy, że w ludziach jest coraz więcej empatii, ja jednak chciałabym, żebyśmy uczyli się patrzeć na zwierzę tak, jak patrzymy na poszkodowanego człowieka.
M.M.: Czyli?
P.W.: Kiedy znajdujemy osobę poszkodowaną, naszym pierwszym odruchem nie będzie podanie jej kanapki, tylko wezwanie pomocy, zabranie do lekarza, okrycie ciepłym kocem, podanie herbaty. A w przypadku zwierząt odruchowo próbujemy je w pierwszej kolejności nakarmić. Zwierzę, które jest słabe i daje się złapać człowiekowi, będzie głodne, ale to przeważnie konsekwencja choroby lub tego, że zostało poszkodowane. My, lekarze, będziemy więc musieli nie tylko zająć się leczeniem zwierzęcia, ale też „wyjąć” go z trybu trawienia. Siły organizmu nie powinny być skupione na trawieniu pokarmu. W pierwszym odruchu powinniśmy za to zapewnić zwierzęciu ciepło, np. poprzez umieszczenie w pudełku termofora czy butelki z ciepłą wodą. Można też zaproponować mu wodę do picia, jednak, co ważne, nie wolno wlewać jej bezpośrednio do pyska, ale pozostawić w otoczeniu zwierzęcia, żeby samo mogło po nią sięgnąć.
M.M.: A czy istnieją sytuacje, kiedy my, ludzie, nie powinniśmy reagować? Skąd mamy wiedzieć, że zwierzę akurat teraz potrzebuje naszej pomocy, a kiedy interwencja jest wręcz niewskazana?
P.W.: Lubimy schematy, czarno-białe sytuacje, jasne instrukcje. U zwierząt zwykle nie ma niestety takich wyznaczników. Kiedy widzimy, że krwawi lub w przypadku ptaka, że skrzydło jest ustawione pod dziwnym kątem, możemy bez zawahania uznać, że wymaga pomocy i zabezpieczyć je. Jednak w wielu sytuacjach nie da się jednoznacznie określić, że to już ten moment. Z tyłu głowy powinniśmy mieć też świadomość, że nikt nie odchowa zwierzęcia lepiej niż jego rodzice, więc należy zrobić wszystko, by zwierzę zostało w naturalnym środowisku. Jeśli widzimy, że to niemożliwe, wtedy prosimy o przywiezienie zwierzęcia do nas.
M.M.: Powinniśmy wtedy chwycić zwierzę i przywieźć je w bagażniku czy wezwać jakieś służby?
P.W.: Każdy wypadek drogowy z udziałem dużego dzikiego zwierzęcia powinno się zgłosić policji lub pod numerem 112, chyba że widzimy, że zwierzę gdzieś uciekło i nie jesteśmy w stanie go namierzyć. Jeśli jednak zauważymy mniejsze ranne zwierzę, powinniśmy to zgłosić. Nasza fundacja nie ma możliwości samodzielnego odbierania zwierząt z terenu, więc często polegamy na osobach prywatnych i Straży Miejskiej lub Gminnej. Warto zaznaczyć, że do obowiązków własnych gminy należy zapewnienie pomocy dzikim zwierzętom z jej terenu, w tym transport do najbliższego ośrodka, zwłaszcza jeśli to niebezpieczne zwierzę, np. bielik, który potrafi być waleczny, ma potężne szpony i może uszkodzić nam ciało.
M.M.: Które zwierzęta to najtrudniejsi pacjenci? Właśnie ci niebezpieczni?
P.W.: To zależy, jakie kryterium przyjmiemy. Im większe i silniejsze zwierzę, tym na pewno jest trudniej. Z kolei od strony diagnostycznej dużego pacjenta łatwiej jest obsłużyć, chociażby podać mu leki dożylnie. W przypadku pacjentów 20-gramowych to zdecydowanie trudniejsze, a dawkowanie trzeba bardzo skrupulatnie odmierzać, pilnować nawodnienia. Pod tym względem trudnymi pacjentami są też wspomniane jeże. Zwłaszcza jeśli ktoś przed przywiezieniem go do nas obserwował go np. przez dwa dni w ogródku i nakarmił kocią karmą. Wtedy wiemy, że będziemy mieli trudny start.
M.M.: A dlaczego nie udzielacie pomocy dzikom?
P.W.: To sprawa związana z przepisami dotyczącymi ASF (afrykańskim pomorem świń). Prawo mocno reguluje te kwestie. Poza tym nie mielibyśmy nawet gdzie trzymać takiego dzika. Wybiegi w naszym ośrodku nie są przystosowane do trzymania w nich dzików.
M.M.: Czy poza jeżami spodziewacie się jesienią też innych zwierząt?
P.W.: Na pewno ptaków. Oprócz ptaków zimujących będziemy też przyjmować migrantów, którzy podczas wędrówek przelatują przez miasto i na swojej drodze napotykają wysokie budynki. Często dochodzi wtedy do kolizji. Niedawno zdarzyła się sytuacja, że przywieziono do nas sosnówkę, która została znaleziona po takim wypadku. Obok niej były jeszcze dwie żywe i piętnaście martwych. Jesień to okres zdarzeń masowych z udziałem ptaków. Z kolei ostatniej zimy trafiło do nas dużo ptaków drapieżnych, głównie myszołowów, które żywią się małymi ssakami, a pod pokrywą śnieżną nie były w stanie ich znaleźć. Jadły, co popadło i często zakażały się chorobami od padłych zwierząt, na których żerowały. Trafiały do nas skrajnie wychudzone. Zresztą niezależnie od pory roku przyjmujemy dużo zwierząt – po fali upałów w końcówce czerwca przyjęliśmy ponad setkę pacjentów jednego dnia.
M.M.: Jak najlepiej skontaktować się z Waszą fundacją, kiedy znajdziemy chore zwierzę?
P.W.: Najlepiej zadzwonić do nas pod numer 726 386 322 lub 793 103 623, żebyśmy mogli podpowiedzieć, co zrobić jeszcze na miejscu. Na tym etapie odsiewamy już część zgłoszeń. Można też wysłać nam zdjęcie. Zawsze chętnie pomożemy.
M.M.: Dziękuję za rozmowę.








Czytaj także:








