„Nigdy nie wiesz, czy jutro nie trafi na ciebie”. Mijają cztery lata od wybuchu wojny w Ukrainie

Cztery lata temu nie wiedziały, że z dnia na dzień będą musiały znaleźć się w obcym kraju. Dziś żyją w Poznaniu, tu pracują, mają rodzinę, przyjaciół. O tym, jak wspominają wydarzenia sprzed czterech lat pytam Annę i Lilię, rodowite Ukrainki, które po wybuchu wojny zamieszkały w stolicy Wielkopolski.

24 lutego 2022 roku Anna była w Irpieniu. Rano, czekając na autobus do pracy, odebrała telefon od mamy z informacją, że rozpoczęła się wojna i powinna wracać do domu. Przez pierwsze dwa tygodnie próbowała funkcjonować normalnie – pracowała zdalnie, choć w mieście było niespokojnie, a ulice wypełniały się samochodami ludzi, którzy uciekali. Wybuchy powodowały drgania budynku, a nocami razem schodziła do piwnicy. W końcu razem z najbliższymi zdecydowała się na ewakuację.

– Spakowałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i jednej torby. Gdy zamykałam dom, jeszcze nie wiedziałam, dokąd dotrę. Po drodze ktoś nas ostrzegł, żebyśmy omijały jedną z ulic, bo w okolicy mogli znajdować się rosyjscy żołnierze – wspomina.

Na granicy miasta czekał transport ewakuacyjny do Kijowa, a stamtąd Anna wyjechała do Polski pociągiem. Najpierw zatrzymała się w Warszawie, później w Kielcach. Do Polski dotarła w marcu, a już w październiku rozpoczęła studia magisterskie w Poznaniu.

Podobną opowieścią dzieli się ze mną Lilia, która przed wojną mieszkała w Kijowie. 24 lutego o 5 nad ranem obudził ją huk. Jej mąż jest wojskowym, więc o 8 rano pojechał na służbę, ona została w domu z trzema synami. Ponieważ dochodziły do niej słuchy, że rodziny wojskowych są na celowniku Rosjan, zdecydowała się uciec z dziećmi do szkoły. Tam przebywali dwa tygodnie.

– To nie było tak, że nie wychodziliśmy na zewnątrz. Wychodziłam do apteki, do sklepu, czasem po coś do domu. Jednak każde wyjście to było ryzyko, czy coś nie spadnie na głowę. Niekoniecznie bomba, ale np. odłamek cegły. Nie było bezpiecznie – wspomina.

Po dwóch tygodniach postanowiła zabrać dzieci i mamę i pojechać dalej, do rodziny we Lwowie. Po krótkim czasie zapadła decyzja o wyjeździe do Polski. Lilia wspomina swoje pierwsze miesiące w Polsce jako trudny czas. Uczyła się języka, pracowała fizycznie, ale pracę trudno było jej znaleźć inną niż fizyczną, a ze względu na protezę nogi wolała mieć pracować przy biurku. Gdy ukończyła pierwszy kurs językowy, zapisała się na kurs Excela, już po polsku. Dziś pracuje w centrum Poznania, ma pracę biurową.

Anna Pohorielova w Poznaniu znalazła dom. fot. wpoznaniu.pl

Obcy kraj, nowe wyzwania

Obie kobiety mówią, że przed wojną dobrze znały swoje miasta i kraj. Jak podkreśla Anna, w Ukrainie czuła się pewnie – wiedziała, gdzie załatwić każdą sprawę i do kogo się zwrócić. W Polsce początki były trudniejsze, przede wszystkim z powodu bariery językowej. Dlatego od początku starała się szybko nauczyć języka i wejść w nowe środowisko. Dziś większość jej znajomych to Polacy. Podkreśla, że ważne było dla niej, by nie czuć się obco i stać się częścią społeczeństwa. Po trzech miesiącach mama i siostra Anny zdecydowały się wrócić do Ukrainy. W Kijowie mieszka także jej ojciec z rodziną. Anna pozostaje z nimi w stałym kontakcie – znacznie częstszym niż przed wojną.

– Życie w Ukrainie toczy się dalej. Ludzie pracują, biorą śluby, rodzą się dzieci, organizowane są wydarzenia i koncerty. Alarmy, schodzenie do schronów i spanie z dala od okien stało się codziennością. Wojna nie zatrzymała życia, ale narzuciła mu nowe zasady – mówi.

Dziś Anna czuje się w Poznaniu zadomowiona, choć – jak przyznaje – wynika to także z jej charakteru i otwartości na ludzi. Nie planuje powrotu do Kijowa, dopóki trwa wojna. Jak zaznacza, trudno mówić o bezpieczeństwie w jej ojczyźnie, nawet jeśli miasto wciąż funkcjonuje.

Lilia także znalazła w Polsce przyjaciół. Niektórzy tak jak ona są ze wschodu, niektórzy z Polski. Męża widuje co kilka miesięcy, choć jej przyjazdu do Polski do pierwszego spotkania po wybuchu wojny minął ponad rok. Jej mama wróciła do Ukrainy na stałe, nie mogła odnaleźć się w nowym miejscu, brakowało jej też opieki medycznej, jaką była objęta w ojczyźnie. Barierą był język. Lilia sama nie planuje powrotu do Ukrainy.

– Moje dzieci dobrze się tu czują, chodzą tu do szkół. Nie wrócę do Ukrainy, dopóki nie będzie tam bezpiecznie. Odpowiadam za dzieci i muszę myśleć o nich. Na początku myślałam, że jak tylko będzie taka okazja, wrócę. Teraz bardziej widzę siebie tu, niż tam – mówi.

Wspomnienia z pierwszych dni rosyjskiej inwazji wciąż są obecne. Anna w telefonie nadal przechowuje zdjęcia i wiadomości z tamtego czasu. Nie usuwa ich, ale też nie wraca do nich często. Woli skupić się na teraźniejszości.

– Traktuję wybuch wojny jako jeden z momentów w życiu. Bardzo trudny, ale taki, który doprowadził mnie do miejsca, w którym dziś jestem – podsumowuje.

Czytaj także: Wyniósł go z pożaru na własnych rękach. Bohaterski czyn młodego mężczyzny

Marta Maj
Zdarzyło się coś ważnego? Wyślij zdjęcie, film, pisz na kontakt@wpoznaniu.pl