Wywiad

Adam Banaszak przejmuje stery poznańskiej Opery. „Ta scena ma swój wyjątkowy zapach”

Zaledwie czwartego dnia po objęciu stanowiska dyrektora Teatru Wielkiego przez Adama Banaszaka spotykam się z nim w gmachu poznańskiej Opery. – Ta scena ma swój wyjątkowy zapach, nawet po remoncie – czuje pan? – pyta mnie nowy dyrektor na samym początku podróży przez teatralne kulisy i rozmowy o planach, jakie chce zrealizować w Teatrze Wielkim im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu. Tym razem to nie ja zaczynam rozmowę.

W drodze z dyrektorskiego gabinetu do teatralnego foyer, gdzie jest najlepsze światło, by robić zdjęcia, mijamy najznamienitszą poznańską scenę.

Adam Banaszak: Scena Teatru Wielkiego w Poznaniu ma swój unikalny, piękny zapach. Może sobie to wyobrażam, a może to jest ponad 115-letnia tradycja, tak niezwykła w przypadku Opery Poznańskiej. To tradycja, do której naprawdę możemy się odnosić, i która robi największe wrażenie, a dla mnie – nowego dyrektora – wiąże się z poczuciem ogromnej odpowiedzialności.

W międzyczasie fotoreporter stara się pomóc odpowiednio zapozować do zdjęcia nowemu dyrektorowi. – Może Pan wygodnie usiądzie, założy nogę na nogę? – pyta.

Adam Banaszak: Ale to kompletnie nienaturalna poza dla mnie. Muszę być w ruchu, działać, a nie siedzieć.

W końcu wracamy do dyrektorskiego gabinetu.

Marek Jerzak: Urodził się pan w Poznaniu. Jakie jest pierwsze zapamiętane wspomnienie małego Adama związane z Teatrem Wielkim?

A.B.: Jest ich bardzo wiele. Występy na scenie w roli chórzysty Poznańskiego Chóru Chłopięcego w „Carmen” Bizeta. Później, żeby być bliżej sceny, zostałem nawet przez moment statystą tego Teatru. Jako dziecko występowałem w Nabucco i Aidzie.

To jest moment, kiedy mając naście lat, napisałem list do dyrektora Sławomira Pietrasa, prosząc, żeby bilety na trzeci balkon, szósty rząd, na tzw. „jaskółkę”, kosztowały złotówkę. I pan dyrektor – ku mojemu zaskoczeniu – odpisał na ten list. Dzięki temu niemal każdego wieczora, za tę złotówkę, jako nastolatek oglądałem spektakle Teatru, poznałem jego cały repertuar.

M.J.: Zupełnie niesamowita historia.

A.B.: Właśnie dlatego pierwszego dnia swojej pracy obniżyłem cenę biletów szóstego rzędu na trzecim balkonie do złotówki, wierząc, że jest to pewnego rodzaju definicja teatru operowego. Z jednej strony dostępnego i zapraszającego oraz mogącego stać się częścią codzienności. 

M.J.: No właśnie, bo dla kogo jest dzisiejsza opera? Jest elitarna czy odwrotnie – może i powinna być egalitarna?

A.B.: No właśnie. Z drugiej strony podniosłem ceny biletów do loży środkowej (tzw. dyrektorskiej), bo opera może też być najzdrowszym przejawem snobizmu. Opera może być tym miejscem, w którym chcemy poczuć się wyjątkowo i odświętnie. O obu tych sposobach przeżywania opery myślę, planując to, co chcielibyśmy zaproponować publiczności. Może przyjść ktoś, kto po prostu nie chce, czy też nie może, wydać na kulturę bardzo dużo, ale też ma się poczuć wyjątkowo. Opera ma być miejscem dla wszystkich i każdy ma mieć szansę znaleźć to, na czym mu szczególnie zależy. Z operą jest jak z nauką języka obcego – jego gramatyki, logiki, idiomów. Pierwsze pytanie, jakie stawiamy, to: „dlaczego w operze śpiewają?”.

M.J.: No właśnie. Wyjaśnijmy to: dlaczego w operze śpiewają?

A.B.: Bo dzięki temu mogą mówić o tych rzeczach, które są poza słowami i w instynktowny sposób trafiać wprost do tego, co w nas tajemne, ukryte, ledwie przeczuwane.

Opera jest siłą, jest sztuką na poły magiczną, bo potrafi przemawiać do naszych najgłębszych pragnień, tęsknot, lęków. Dlatego tak często mówi o życiu i o śmierci, dlatego tak często mówi o sytuacjach granicznych. Potrafi być też bardzo szlachetną formą rozrywki, momentem przyjemnego spędzenia wieczoru. 

M.J.: Jak pan bardziej widzi operę – taką bardziej klasyczną, ze śpiewakami w krynolinach, czy w wersji zdobywającego popularność Jakuba Józefa Orlińskiego, który w trakcie wykonywania operowych utworów potrafi wpleść elementy breakdance’a?

A.B.: Jednym z kluczowych zadań przede mną to jest właśnie odpowiednie zbalansowanie obu tych propozycji i wersji. Czy opera ma być tym, co tradycyjne, kanoniczne, wystawne? Czy ma być tym, co awangardowe, poszukujące i odkrywcze? A przy tym, paradoksalnie, akurat tradycją operowego Poznania jest awangarda. To kluczowe zadanie dyrektora Teatru Wielkiego i uznaję je za swój priorytet na nadchodzącą kadencję. Dotyczy to zarówno opery, jak i baletu, ponieważ Teatr Wielki w Poznaniu jest wspólnym domem obu tych sztuk. 

M.J.: Odwiedzając teatry w różnych miejscach na świecie, mam takie obserwacje, że w Polsce, również w Poznaniu, nadal bardziej czcimy te instytucje. Chodzi mi chociażby o styl, w jakim się ubieramy, odwiedzając te instytucje. Czy pana zdaniem lepiej troszeczkę spuścić z tonu po to, żeby zaprosić szersze grono publiki w japonkach i krótkich spodenkach? Czy jednak chcemy, żeby wyjście do tego teatru, tak jak pan wcześniej mówił, było swego rodzaju świętem, bo trudno te dwa światy chyba jednak pogodzić?

A.B.: Ja sam na spektakl do opery przychodzę ubrany w garnitur i krawat bądź muszkę. Pomaga mi to doświadczyć odświętności wieczoru. Widzę w tym też mój gest szacunku. Być może to, o czym mówię, jest bardzo tradycyjne i bardzo staromodne. Niczego jednak nie wykluczam. Niech każdy przeżywa operę tak, jak mu z tym najwygodniej i najlepiej.

M.J.: Czy jednak w ogóle widzi pan szansę, żeby przyciągnąć młodych ludzi do opery?

A.B.: Dlaczego rozmawiamy o operze inaczej, niż kiedy rozmawiamy o kinie, książkach lub nawet teatrze dramatycznym? Automatycznie przełączamy się na inny język, sposób narracji.

M.J.: Może dlatego, że opera zaliczana jest do tzw. kultury wyższej?

A.B.: Ale przecież książki i sztuki wizualne to też kultura wyższa.

M.J.: To już zależy od danej książki.

A.B.: Z operą jest tak samo. Mamy prawo rozmawiać o niej krytycznie i normalnym językiem. Nie tylko z perspektywy onieśmielenia okazałością budynku, w którym się znajdujemy. Tak, możemy nazywać operę świątynią sztuki. Osobiście tak uważam, ale mamy prawo o niej mówić też w sposób normalny, jak mówimy o czymś, co jest dla nas naturalne i bliskie. Dlatego zamierzam w trakcie najbliższych lat zaprosić Poznaniaków do gmachu pod Pegazem, ale również na operowe superwidowiska.

M.J.: Kiedy sam byłem studentem, kapitalną rolę odegrała dla mojego pokolenia Malta. Festiwal ten pokazywał, że teatr może wyjść z murów pokazać swą różnorodność i w ten sposób zachęcać. Pokuszę się o stwierdzenie, że to dzięki edukacyjnej funkcji Malta Festival sprzed laty dziś trudno o bilety do teatru w Poznaniu. Czy opera też powinna wyjść na ulice?

A.B.: Chcemy przygotować coś dla tej właśnie publiczności, która wie, jak wielką przyjemność dać może plenerowe przeżywanie teatru i sztuki. Przygotujemy nie tylko ofertę edukacyjną, ale i propozycję rozmowy o operze. O tym, co dla nas jest ważne, co jest całym naszym życiem. Kierujemy ją nie tylko do najmłodszych, ale również do średniego pokolenia i do seniorów. Wznowimy wydawanie magazynu Operomania, tak online, jak i w wersji tradycyjnej – papierowej.

Jestem przekonany, że opera jako gatunek potrafi bronić się sama. Dobry spektakl to jest rzecz, która nie wymaga tłumaczenia publiczności. Ta zawsze dobrze wie, czy przeżyła coś wyjątkowego, czy nie. Opera ma wyjątkową moc powiększania wszystkiego. Tutaj działa efekt skali. Potrafi zachwycać, potrafi być czymś najpiękniejszym na świecie, ale jeżeli zbłądzimy, to potrafi być przerażająco niedostępna, hermetyczna i nudna.

M.J.: Mamy jednak grupę Poznaniaków, która nigdy w operze nie była. Jak ich do tego nakłonić, by zechcieli spróbować?

A.B.: Właśnie dlatego otwieramy drzwi Teatru Wielkiego. Symbolicznie i realnie. Do współpracy zapraszamy instytucje życia kulturalnego oraz wszystkich naszych partnerów. Przez większość dnia nasz budynek jest zamknięty, chroniony, niedostępny. Teraz otwieramy te drzwi. Chcę myśleć o naszym Teatrze jak o centrum kultury, w którym łączymy sztuki plastyczne, wizualne, dyskusje o książkach. Ma to być miejsce, które może tętnić swoim codziennym życiem. Oczywiście pamiętając o tym, że tym, co najważniejsze, co jest esencją naszej działalności, jest nasz wieczorny spektakl, ten wyjątkowy moment, kiedy kurtyna idzie w górę.

M.J.: Czy to, co oglądamy w Teatrze Wielkim, powinno być komentarzem do współczesności, czy też raczej kompletnie odwrotnie – pewną baśnią, dającą wytchnienie od codzienności?

A.B.: Osobiście bliżej mi do świata baśni, ale przecież wiemy, że baśń może być tym bardziej niepokojąca i aktualna. Wierzę, że wciąż ważne są pojęcia piękna, prawdy i dobra. W tym kontekście nasza działalność ma ogromne znaczenie, a jej rola jest nie do przecenienia, zarówno na poziomie społecznym, jak i szeroko rozumianej kultury. 

M.J.: Oprócz tego, że dziś jest pan dyrektorem, to jest pan także dyrygentem. Kim będzie pan w większym stopniu w Teatrze Wielkim?

A.B.: Dyrektorem, ale korzystającym z zasobu dyrygenckich doświadczeń oraz ze sposobu patrzenia na świat operowy, którego nauczyłem się z perspektywy dyrygenckiego pulpitu. To dyrygent łączy ze sobą operowe światy. Tradycją Teatru Wielkiego w Poznaniu było, że kiedy jego dyrektorami byli dyrygenci, tacy jak Bierdiajew, Satanowski, Latoszewski, profesor Dondajewski, Teatr odnosił ogromne sukcesy. Oczywiście z wielką pokorą patrzę w stronę tej tradycji i widzę w niej wielkie zobowiązanie.

M.J.: Czyli jest jakaś moc w dyrygenckich dłoniach, która potrafi jednoczyć zespół?

A.B.: Chodzi o sposób myślenia, o to, żeby jednoczyć spojrzenie zespołu solistów, orkiestry, baletu, chóru, zespołów: technicznego i administracyjnego, które prowadzę jako dyrektor. Teatr to dyscyplina wybitnie zespołowa. Ważne, żebyśmy znaleźli naprawdę wspólny, jednoznaczny i dobry sposób komunikacji.

M.J.: Repertuar na najbliższe miesiące został zaplanowany jeszcze przez poprzedniczkę. Co i kiedy zaproponuje nowy dyrektor?

A.B.: Nie chcę dziś mówić o tytułach. Kontynuuję zastane propozycje, od stycznia 2027 roku zapraszam na propozycje repertuarowe przygotowane przeze mnie, natomiast w pełni mój autorski repertuar będzie w sezonie 2027/2028. 

M.J.: A jak pan ocenia nastawienie zespołu po miesiącach, a nawet latach, kiedy w teatrze nie zawsze panowała spokojna atmosfera?

A.B.: Nie wypada mi i nie chcę recenzować poprzednich lat, ponieważ moją rolą jest planować nasze dziś i jutro. Poza tym, że jestem pod ogromnym wrażeniem zespołu o tak wysokiej jakości artystycznej, poziomie artystycznym, o tak wysokiej kulturze pracy.

M.J.: Konflikt w Teatrze Wielkim miał też swoje podłoże na tle słabych zarobków. Czy ten problem został rozwiązany?

A.B.: To jest najpilniejsze wyzwanie, które stoi przede mną. Wymaga odpowiedzialnej diagnozy i reorganizacji tego, co mamy. Muszę sprawdzić, czy istnieje możliwość, żeby efektywniej podzielić dostępne środki i inaczej gospodarować dotacją. Z drugiej strony chcę zagwarantować wyższe własne przychody. Moją odpowiedzialnością jest to, żeby zarobki były godne.

M.J.: Jak pan ocenia poznański Teatr Wielki od strony technicznej? Czy jest gdzie i na czym pracować?

A.B.: To wielki przywilej móc rozpoczynać pracę w teatrze o takim poziomie artystycznym, ale również ze świeżo wyremontowaną sceną, która jest sceną imponującą. Mówimy o najpiękniejszym gmachu w Polsce. Przed nami jednak kolejne inwestycje dotyczące remontu widowni. To kolejny etap dbałości o ten ponad 115-letni budynek.

M.J.: Ile lat potrwa pana dyrektorska kadencja?

A.B.: Pięć lat.

M.J.: I co w ciągu tego czasu chciałby pan zmienić, zrealizować?

A.B.: Pięć lat to kadencja, która pozwala, żeby być rozliczonym z tego, na ile przedstawiona wizja została zrealizowana. Opieram ją na sześciu filarach. Pierwsza rzecz to klasyczne i wzorcowe wystawienia repertuarowego kanonu. Druga – to są nasze twórcze poszukiwania. Mają to być tytuły, których nie było w Poznaniu, które są wyrazem naszej artystycznej odwagi. Trzeci filar to spektakle baletowe i wzrost ich rangi. Czwarta kwestia to edukacja rozumiana jako wielopłaszczyznowy, wielopokoleniowy dialog z bardzo zróżnicowaną ofertą. Piąty z naszych filarów to nagrania, czyli wydawnictwa fonograficzne, to portret aktualnej jakości artystycznej, ale też sposobu myślenia o dziełach, chociażby patrona naszego teatru – Stanisława Moniuszki. Szósty z filarów to otwarcie drzwi naszego Teatru. To jest realna współpraca z naszymi przyjaciółmi, partnerami i instytucjami.

M.J.: Jak będzie ona wyglądać? Jakieś konkretne pomysły już się zrodziły?

A.B.: Dotyczyć będzie ona zarówno Poznania, Polski, jak i działań poza krajem. Powołamy do życia festiwal, na przykład Maxa Littmanna (red. był architektem gmachu Teatru Wielkiego w Poznaniu), który zjednoczy teatry operowe przez niego zaprojektowane (red. zaprojektowane przez niego teatry znajdziemy np. w Berlinie, Stuttgarcie czy Monachium). To pozwoli nam na koprodukcje między tymi teatrami. Wykorzystamy bliskość geograficzną, tu atutem będzie nasze położenie. W trakcie wakacji letnich zaproponujemy kino plenerowe czy filmy nieme z muzyką jazzową graną na żywo. Wszystko w parku przy Operze. Przywrócimy poznańskie Dni Verdiego, przywrócimy także, ale zmienimy nieco formułę, Festiwal Moniuszki oraz Przedwiośnie Baletowe. Festiwale będą odbywały się w formule biennale, tak żeby nie zaburzyły tego, co jest esencją działalności Teatru Wielkiego w Poznaniu, czyli naszej codziennej pracy. Najważniejsze są bowiem codzienne spektakle, a największym świętem – premiery.

Adam Banaszak jest doktorem habilitowanym sztuk muzycznych i adiunktem Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu. Pełnił funkcję dyrektora artystycznego Teatru Wielkiego w Łodzi, kierownika muzycznego Opery Wrocławskiej oraz kierownika muzycznego Musicae Antiquae Collegium Varsoviense – orkiestry instrumentów dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej. Współpracował także z Operą Bałtycką w Gdańsku, Operą Krakowską, Operą Śląską w Bytomiu, Operą i Filharmonią Podlaską w Białymstoku oraz Operą Nova w Bydgoszczy.

Jego repertuar obejmuje zarówno klasykę operową i baletową, jak i muzykę współczesną. Szczególne miejsce zajmuje w nim opera włoska – od Rossiniego i Donizettiego, po Verdiego i Pucciniego. Adam Banaszak dyrygował także prawykonaniami oper Pawła Mykietyna i Zygmunta Krauzego oraz sięgał po rzadziej wystawiane dzieła, m.in. Bernsteina, Poulenca i Brittena.

czytaj także: Matejko, Malczewski, Wyspiański. Wyjątkowa wystawa w Poznaniu

Marek Jerzak
Zdarzyło się coś ważnego? Wyślij zdjęcie, film, pisz na kontakt@wpoznaniu.pl