Sąd Apelacyjny we Wrocławiu zmienił wyrok dla 34-letniego Mateusza J. oskarżonego o więzienie, gwałcenie i maltretowanie o dwa lata młodszej kobiety z Leszna. Jej horror trwał cztery lata. Mężczyzna może liczyć na łagodniejszą karę.
O wyroku Sądu Apelacyjnego poinformowała Polską Agencję Prasową jego rzeczniczka sędzia Małgorzata Lamparska.
– Sąd zmienił zaskarżony wyrok i wymierzył oskarżonemu karę 25 lat więzienia. Sąd zastrzegł też, że mężczyzna będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z więzienia dopiero po 20 latach – powiedziała PAP sędzia.
Wyrok jest prawomocny. Kara ma odbywać się w systemie terapeutycznym, gdzie będzie kładziony nacisk na intensywną opiekę psychologiczną i psychiatryczną.
Według sądu oskarżony od lipca 2020 do sierpnia 2024 roku pozbawił kobietę wolności. Izolował ją w ciemnym i nieogrzewanym pomieszczeniu gospodarczym, gdzie przez lata ją bił, gwałcił i znęcał się nad nią psychicznie.
Biegli psychiatrzy przygotowali opinię na zlecenie prokuratury. Stwierdzili, że mężczyzna nie jest uzależniony od używek, ani nie rozpoznali u niego choroby psychicznej. Stwierdzili, że wykazuje psychopatyczne zaburzenia osobowości oraz zaburzenia preferencji seksulanych w postaci sadyzmu. Ich zdaniem ma cechy osoby psychopatycznej, która traktuje ludzi instrumentalnie i nie zwraca uwagi na ich uczucia.
Jej horror trwał przez cztery lata
Pokrzywdzona poznała mężczyznę przez portal randkowy w 2018 roku i już wtedy zaczęła się z nim spotykać.
Dwa lata później, umówili się na spotkanie w Głogowie, skąd 34-latek zabrał kobietę do siebie, do Gaik. Tam zamknął ją na terenie podwórka rodziców, gdzie miał ją bić pięściami, wężem, deską czy lampką po całym ciele. Dodatkowo miał ją kopać, przyduszać, wykręcać ręce, głodzić i gwałcić w brutalny sposób. Ofiara mogła liczyć na ciepłą wodę tylko i wyłącznie wtedy, kiedy spełniała jego zachcianki. 32-latka wychodziła z komórki gospodarczej tylko po to, by jeździć do szpitala. W międzyczasie urodziła swojemu katu dziecko, które od razu oddano do adopcji.
O swojej sytuacji opowiedziała lekarzom, kiedy przyjechała po kolejnych torturach z poważnym urazem barku. Pracownicy szpitala wezwali wtedy służby i dopiero wtedy zakończył się jej horror. Przez cały ten okres sprawca mieszkał z rodzicami, którzy twierdzili, że nie mieli pojęcia o tym co dzieje się w budynku. Sąsiedzi także niczego nie zauważyli.
Kobieta na chwilę przed swoim zniknięciem mocno pokłóciła się z rodzicami i zostawiła z nimi dwójkę dzieci.







