Wywiad

Okrąglak mógł wyglądać zupełnie inaczej. Ta książka to encyklopedia tajemnic Poznania

Dlaczego Stare Żegrze było „stolicą rabarberu”, a Poznaniak ostatecznie nie poleciał jako pierwszy w kosmos? Rozmawiam z Filipem Czekałą, autorem książki „Poznań. Historie nieznane i zapomniane”, która właśnie trafiła do księgarni.

Marek Jerzak: To nie jest twoja pierwsza książka o Poznaniu i jego ciekawostkach. Czy Poznań faktycznie ma aż tyle ciekawych historii, czy chcesz trochę przekonać czytelników, że to takie ciekawe miasto?

Filip Czekała: Zdecydowanie mamy wiele interesujących historii. Opisywałem je w „Historiach wartych Poznania” i „Mieście nie do Poznania”. Te książki powstały w 2016 i 2017 roku. Potem ukazała się „PeWuKa: Cud nad Wartą”, którą napisałem wspólnie z Tomkiem Mikszo, świętej pamięci archiwistą Międzynarodowych Targów Poznańskich. A teraz przyszła pora na „Poznań. Historie nieznane i zapomniane”. Tytuł jest nieprzypadkowy. Ta książka to hybryda. Czytelnicy odnajdą tam zarówno zupełnie nowe historie, jak i te, o których wspominałem już w poprzednich książkach. Każdą z nich nie tylko „odkurzyłem”, ale znacznie rozszerzyłem o materiały i informacje, do których udało mi się dotrzeć, których nigdy nie opisywałem, ale też zapomniane, które odkurzyłem.

M.J.: Podejrzewam, że niektóre z tych historii również dla ciebie były kompletnie nieznane. Opisywana historia o poznańskim trolejbusie. O niej coś słyszałem, ale o Chórze Stuligrosza, który w Stanach Zjednoczonych spotkał Kennedy’ego? W ogóle jej nie znałem. Jak wpadasz na takie historie?

F.C.: Sam śpiewałem w Poznańskich Słowikach, ale w tym wypadku na całą historię natrafiłem dzięki zdjęciom z Cyryla (red. Cyryl to wirtualne muzeum historii Poznania) z wizyt chóru w Stanach Zjednoczonych. Nagle patrzę, a tu chórzyści są u prezydenta Kennedy’ego. I tak zacząłem szukać, kto wcześniej był u prezydenta Kennedy’ego. Okazało się, że ta polska lista jest bardzo krótka. Trzeba jednak pamiętać, że chór był wtedy na topie jak choćby zespół Mazowsze. Udało mi się dotrzeć do byłych śpiewaków – Wojciecha Grottela i Wojciecha Sterczewskiego.

M.J.: Młodszych lub zupełnie nowych Poznaniaków z pewnością zaintryguje historia Żegrza.

F.C.: Przy pisaniu „Historii wartych Poznania” myślałem o tym, żeby napisać wspólnie o Ratajach, Żegrzu i Chartowie. Dzisiaj w zasadzie jest to jedno osiedle. Granice się absolutnie pozacierały. Natomiast po rozmowie z panem Witoldem Hoppelem, który niestety ostatnio zmarł, a opowiedział mi stricte o Ratajach stwierdziłem, że jego historia jest na tyle szeroka i ciekawa, że trochę szkoda ją ograniczać. I Żegrze zostawiłem na deser. Pan Witold powiedział, że Żegrze było prawdziwą „stolicą rabarbaru”. Tym tropem poszedłem. Dzięki pomocy Spółdzielni Mieszkaniowej Osiedle Młodych znalazłem panią Anię Kasperczak. Mieszka ona na środku osiedla, w domu jednorodzinnym, który stoi tam ponad sto lat. W tym czasie wokół krajobraz się zmienił. Wcześniej był kompletnie wiejski. Pani Anna opowiada, jak wyglądało życie na Żegrzu, gdy był wsią. Mówi też o budowie osiedla i o tym, dlaczego nie wyburzono jej domu, choć pierwotnie były takie plany.

M.J.: A jak było z tymi trolejbusami? Choć dziś po nich nie ma już śladu, Poznań był pionierskim miastem z taką komunikacją. Tego dowiedziałem się z twojej książki.

F.C.: Zdecydowanie. Wyprzedziliśmy Berlin, wszystkie miasta Związku Radzieckiego, a przed nami tylko Wrocław eksperymentował z trolejbusami. U nas kursowały przez 40 lat.

M.J.: To kiedy pierwsze z nich wyjechały na ulice miasta?

F.C.: Opisana przeze mnie historia to taka, o której się nie mówi. Księga Pamiątkowa Miasta Poznania w 1929 roku informuje o tym, że mamy komunikację trolejbusową, mimo że jej nie uruchomiono…

M.J.: Jak to możliwe?

F.C.: Mieliśmy już trolejbus otrzymany od brytyjskich wystawców z Targów Poznańskich, położyliśmy trakcję ze Śródki do Głównej. Ale pojawiła się przeszkoda – na Zawadach znajdował się przejazd kolejowy, gdzie szlabany uderzałyby w trakcję trolejbusową. Miasto postanowiło zwrócić się do PKP, żeby skrócić rogatki. Okazało się, że to przeszkoda, którą bardzo trudno przeskoczyć.

M.J.: To zupełnie jak dziś. Pozornie proste rzeczy nie zawsze daje się szybko załatwić. I co było dalej?

fot. M. Melanowicz

F.C.: Ostatecznie skończyło się na tym, że Poznaniacy czekali na wybudowanie wiaduktów w tym miejscu i dopiero wtedy trolejbus mógł zacząć wozić pasażerów.

M.J.: Spotkaliśmy się w Okrąglaku. Każdy zna jego sylwetkę, ale niewielu zna jego tajemnice. Podobno mało brakowało, by powstał w zupełnie innej formie. Czy to prawda?

F.C.: Spójrzmy na rok otwarcia – 1955. To jest okres, kiedy budujemy budynki socrealistyczne. Projekt powstał jeszcze w latach 40. No i to jest całe szczęście tego budynku, bo gdyby to był 1949 rok, to już byśmy mieli tutaj pewnie jakiś poznański Pałac Kultury i Nauki. Natomiast mamy budynek, który już wtedy był odważną formą, choć powszechnie krytykowaną przez architektów. Ale czasy były takie, że trudno było nie krytykować, bo każda pozytywna opinia raczej wskazywałaby na to, że politycznie ktoś jest niepoprawny. W związku z czym w gazecie z tamtego okresu znajdziemy między innymi cytat Władysława Czarneckiego, wybitnego architekta, który „przejeżdża się” po architekcie Okrąglaka. Ostatecznie stwierdzono, że trzeba jakiś element socjalizmu wcisnąć w ten budynek. To wtedy powstała rzeźba hutnika i chłopki, które stały na środku klatki schodowej. Bodajże dopiero po ośmiu latach zniknęły z Okrąglaka.

M.J.: Dla Poznaniaków był to jednak przede wszystkim dom towarowy. Czy faktycznie był dobrze zaopatrzony?

F.C.: Zaopatrzenie było naprawdę świetne, najlepsze w Poznaniu. O tym, jaką cieszył się popularnością, świadczą wydarzenia z otwarcia. Dzień po oficjalnym otwarciu wpuszczono klientów. Były połamane lady, powybijane szyby. Trzeba było zamknąć sklep na dwa dni i przywrócić wszystko do ładu. Okrąglak oprócz tradycyjnych punktów handlowych oferował ciekawe usługi. Można było chociażby nagrać pocztówkę dźwiękową, by ją komuś wysłać. Był też punkt napełniania długopisów czy naprawy pończoch.

M.J.: A wiesz, jak na Okrąglak patrzeli jego pracownicy? Jakie mieli problemy?

F.C.: Mieli problem z codziennym podliczaniem zysków i strat (red. pracownicy musieli policzyć towar i sprawdzić, czy nic nie zginęło). Zajmowało to mnóstwo czasu, w związku z czym w 1956 r. pojawił się pomysł, by Okrąglak podzielić na dwie bliźniacze części. Jedna miała być otwarta od rana, druga po południu. Po to, żeby można było spokojnie wszystko policzyć. Ten oryginalny pomysł nie doczekał się jednak realizacji.

M.J.: Rozdziałem o blokach zainteresują się tysiące z nas, bo przecież nadal wielu Poznaniaków w nich mieszka. Każde duże miasto ma swoje blokowiska. Czy te nasze czymś się wyróżniają?

F.C.: Zdecydowanie tak. Przyznam, że Jacek Błaszczyk, który opowiada mi o Winogradach, jest jednym z moich ulubionych rozmówców. Sam pracował na budowie i działał w spółdzielni mieszkaniowej. Jedna z najbardziej spektakularnych historii, która mogła spowodować poważny skandal dyplomatyczny, to przerwanie „gorącej linii” – kabla Moskwa–Berlin, który biegł przez teren budowy. W efekcie, jak pan Jacek twierdzi, zjawiło się na Winogradach tylu generałów, ile on w wojsku nie widział. Mamy w tym rozdziale też historię tego, jak rozbierano w nocy jeden z bloków.

M.J.: Dlaczego rozbierano?

F.C.: Pękła jedna z płyt, którą wstawiono już w budynek. Starano się to zatuszować, bo w tamtych czasach każdy tego typu wypadek od razu wzbudzał podejrzenie, że to sabotaż. Demontowano więc blok pod osłoną nocy, tak żeby nikt nie widział. Po dwóch dniach wrócili do poziomu zero. Można powiedzieć, że naprawdę sprawnie udało się to wszystko naprawić.

Są też smaczki z życia mieszkańców: pękające w tysiącach grzejniki, a w efekcie zalewanie mieszkań, spadające sufity. Jest też historia kobiety, pod którą zapadła się ziemia.

Ciekawa jest opowieść z Os. Kopernika. Było tam trzech architektów bloku. Dwóch z nich wyjechało do Wielkiej Brytanii, a ten trzeci, który wcześniej nie był tak skupiony na projekcie, ponieważ szykował własne wesele, został w Poznaniu i miał pilnować projektu. Budowniczowie w pewnym momencie zaczęli stawiać płyty odwrotnie i wejścia do budynku znalazły się nie od strony parkingu i ulicy, tylko od drugiej strony. Ludzie przez lata musieli obchodzić budynek.

M.J.: W twojej książce pod koniec pojawia się postać chyba bardzo zapomniana. Chodzi o Zenona Jankowskiego. Co miał wspólnego z kosmosem?

F.C.: To człowiek, który przeszedł ten sam cykl szkolenia, co Mirosław Hermaszewski. Był w stu procentach gotowy do tego, żeby to on był pierwszym Polakiem, który poleci w kosmos. W zasadzie na ostatniej prostej zdecydowano, że poleci jednak Mirosław Hermaszewski. Z panem Zenonem udało mi się porozmawiać, choć od lat unikał jakichkolwiek rozmów.

M.J.: Nie zdradzajmy więc tajemnicy, dlaczego Poznaniak nie został pierwszym Polakiem w kosmosie. To już warto doczytać w twojej książce. Dziękuję za rozmowę.

Marek Jerzak
Zdarzyło się coś ważnego? Wyślij zdjęcie, film, pisz na kontakt@wpoznaniu.pl