Na co dzień zajmuje się literaturą staropolską. Wieczorami wkłada buty do tańca i wraz z mężem rozpoczyna trening na parkiecie. Profesor UAM Dorota Rojszczak-Robińska, zdobywczyni najwyższej klasy tanecznej S w tańcach standardowych opowiada nam o tym, jak godzi pracę naukową z tańcem towarzyskim.
Marta Maj: Na co dzień zajmuje się Pani literaturą staropolską i oświecenia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Pani hobby to taniec towarzyski. Co było pierwsze?
Dorota Rojszczak-Robińska: Zdecydowanie nauka i literatura. Gdy miałam osiem-dziewięć lat już wiedziałam, że filologia polska jest moją życiową drogą. Taniec przyszedł później.
M.M.: Skąd zatem wzięło się u Pani zainteresowanie tańcem towarzyskim?
D.R.R.: Gdy byłam nastolatką, powtarzałam, że nie tańczę. Nie zatańczyłam nawet poloneza na własnej studniówce. Uważałam, że taniec nie jest mi do niczego potrzebny. Kiedy byłam już na studiach doktoranckich, moi znajomi ze scholi akademickiej postanowili zapisać się na kurs tańca. Nie chciałam z nimi iść, ale dałam się namówić na jedne zajęcia. Wsiąkłam zupełnie. Pół roku później, właśnie na kursie, poznałam swojego męża. Z całej grupy, która zaczęła, zostaliśmy tylko ja i mój – wtedy jeszcze przyszły – mąż. Szukaliśmy pomysłu na wakacje i pomyśleliśmy o obozie tanecznym. Tak trafiliśmy na szkołę tańca Tango z Gdyni, z którą do dziś współpracujemy. Pojechaliśmy i okazało się, że niewiele umiemy – nie znaliśmy odpowiedniego ułożenia stóp, nie znaliśmy nazw figur. Nie mieliśmy pojęcia o zasadach tańca towarzyskiego. Jednocześnie poczuliśmy, że to jest coś, w co chcemy się zaangażować.
M.M.: Kiedy nadszedł czas na pierwszy turniej?
D.R.R.: W pierwszym turnieju wzięliśmy udział dopiero po kilku latach, w 2011 roku. Wtedy zaczął rozwijać się w Polsce ruch seniorski.
M.M.: Wtedy poczuła Pani, że to coś więcej niż tylko hobby?
D.R.R.: Pierwsze turnieje porównałabym do spotkań towarzyskich osób, które podobnie jak my z tańcem zetknęli się trochę za późno, by móc myśleć o nim w kategoriach sportowych. Z czasem okazało się, że takich par jest dużo, ludzie chcą tańczyć, trzeba było więc te pary zróżnicować i w tańcu seniorskim pojawiły się klasy sportowe, po to, by pary początkujące nie musiały mierzyć się z parami trenującymi już kilka lat. Wtedy wraz z mężem stwierdziliśmy, że rzucimy się na głęboką wodę i wystartowaliśmy w turnieju z najstarszą grupą młodzieży. Postanowiliśmy, że nie wrócimy do grup seniorskich, póki nie zdobędziemy choć jednej klasy stając w szranki z młodszymi od nas. Na początku było bardzo ciężko – odstawaliśmy poziomem, wyglądem i kondycją. Ale udało się. Udowodniliśmy sobie w ten sposób, że w tańcu „za późno” nie istnieje. Gdy wróciliśmy do tańca w grupie seniorskiej, ten ruch był już o wiele bardziej rozwinięty, a my zaczęliśmy przygotowania do mistrzostw Polski.
M.M.: Który z tanecznych sukcesów jest Pani największym?
D.R.R.: Tytularnie najlepiej brzmi zapewne Mistrzostwo Polski w kategorii Senior I w tańcach standardowych, ale mimo wszystko najbardziej dumna jestem z tego, że udało nam się zdobyć B klasę wśród młodzieży, w kategorii powyżej 15 lat, kiedy ja sama miałam 37.
M.M.: Jak często musi Pani trenować?
D.R.R.: Tu nie ma słowa „musi”. Każdy poświęca tyle czasu, ile może. W tej chwili trenujemy cztery razy w tygodniu, ale gdy przygotowywaliśmy się do pierwszych Mistrzostw Polski, trenowaliśmy codziennie. Z tego co wiem, pary, z którymi konkurujemy, trenują codziennie. My nie możemy sobie na to pozwolić.
M.M.: Jak pogodzić pracę naukową z tak intensywnymi treningami i wyjazdami na turnieje? Nawet jeśli treningi nie są codziennie, to cztery razy w tygodniu to bardzo dużo. A przecież praca na uczelni to też zajęte popołudnia i weekendy.
D.R.R.: To nie jest łatwe do pogodzenia, ale ja na szczęście nie pracuję w weekendy, kiedy na uczelni są studenci zaoczni. W tygodniu zajęcia zawsze zaczynam od rana i nie mam zajęć popołudniami.
M.M.: Czy tremę przed wystąpieniem naukowym, np. podczas konferencji, można porównać do tremy przed udziałem w turnieju czy to coś zupełnie innego? Co jest bardziej stresujące?
D.R.R.: Zdecydowanie bardziej stresujący jest turniej. Taniec bardzo pomógł mi pokonywać tremę podczas konferencji. Całe lata stresowałam się przed wystąpieniami publicznymi. Po kilku startach pomyślałam jednak, że skoro wychodzę na parkiet i nie wiem, jaka muzyka będzie puszczona, jak duży będzie parkiet, ile będzie na nim par i czy będziemy się ze sobą zderzać, to skoro wychodzę przed publiczność z czymś, czym zajmuję się niemal całe życie i jestem specjalistką w kwestii swojego referatu, to po co się stresować? To mocno przestawiło moje myślenie.
M.M.: Studenci wiedzą o Pani pasji?
D.R.R.: Tak, zwłaszcza gdy ukaże się jakiś artykuł na ten temat. Podchodzą porozmawiać, często o swoich doświadczeniach z tańcem towarzyskim. Reagują pozytywnie.
M.M.: A czy zdarzają się sugestie, że praca naukowa i taniec towarzyski nie współgrają ze sobą?
D.R.R.: Zdarzały się. I to nie w światku naukowym, a w prywatnym życiu słyszałam stwierdzenia, że może to nie wypada? Tymczasem coraz więcej pracowników naukowych ma jakieś pasje, startują w triathlonach, uprawiają wspinaczkę. To świetne, że praca naukowa pozwala nam tak gospodarować czasem, że możemy pielęgnować swoje hobby.
M.M.: Pani też jest dla innych inspiracją w tym zakresie.
D.R.R.: Nie wiem, bo nie zdarzyło mi się usłyszeć, żeby ktoś dzięki mojej historii też zaczął tańczyć. Ale niewątpliwie inne pary, które tak jak my z mężem tańczyły w grupach seniorskich, zaczęły startować w kategoriach młodzieżowych zainspirowane naszym sukcesem. Często nawet na pojedyncze turnieje, by zobaczyć, jak to jest. To bardzo fajne.
M.M.: Dziękuję za rozmowę.





