Od dziecka mierzy się z dysfunkcją prawej kończyny dolnej i kręgosłupa. Nie szuka usprawiedliwień, tylko możliwości. Jest parasnowboardzistką regularnie startującą w zawodach Pucharu Świata i Pucharu Europy. Skończyła studia medyczne w Łodzi. O tym czym jest dla niej start w Zimowych Igrzyskach Paralimpijskich 2026 rozmawiam z jedyną wielkopolską, pochodzącą z Oleśnicy (gmina Zagórów), reprezentantką Natalią Siubą-Jarosz.
Aleksandra Wróblewska: Zakwalifikowała się Pani na paralimpiadę. Jakie to uczucie?
Natalia Siuba-Jarosz: To jest mieszanka dumy, wdzięczności i ulgi, ale też dużej mobilizacji. Sam awans to ogromny sukces, bo stoi za nim kilka lat ciężkiej pracy, wyrzeczeń i konsekwencji. Z jednej strony cieszę się, że tu jestem, a z drugiej — wiem, że to nie jest moment na zachwyt, tylko na skupienie i zrobienie swojej roboty.
A.W.: Jako jedyna będzie Pani reprezentowała Wielkopolskę. Czy ma to dla Pani znaczenie?
N.S.J.: To zaszczyt i dodatkowa mobilizacja. Fajnie mieć świadomość, że reprezentuję nie tylko kraj, ale też region, z którego pochodzę. Mam nadzieję, że to będzie też sygnał dla innych, zwłaszcza młodych ludzi, że nawet z mniejszej miejscowości można realizować mniejsze, ale też i większe marzenia.
A.W.: Paralipiada rozpocznie się lada dzień. Jak wyglądały przygotowania?
N.S.J.: Intensywnie i bardzo konkretnie. To był czas treningów na śniegu, przygotowania motorycznego, regeneracji, startów kontrolnych i całej logistyki, która w sporcie zimowym jest ogromna. Na takim poziomie liczy się wszystko — technika, forma fizyczna, głowa, sen, odżywianie. Oczywiście byłoby łatwiej, gdybym nie miała dodatkowo pełnoetatowej wymagającej pracy.
A.W.: W tym roku, jako reprezentanci, nie będziecie mieli okazji wzięcia udziału w ceremonii otwarcia. Taką decyzję podjął Polski Komitet Paralimpijski w związku z dopuszczeniem rosyjskich i białoruskich sportowców do startu. Jak zareagowała Pani na tę decyzję?
N.S.J.: Uważam, że to bardzo dobra decyzja i chciałabym, aby więcej krajów się do niej przyłączyło. Sportowcy Ci nie startowali w zawodach przez cztery lata, nie walczyli o kwalifikację. Uważam, że możliwość startu dla nich i to pod własną flagą jest bardzo niesprawiedliwa i frustrująca. Uważam, że powinny być zachowane zasady startu takie jak w przypadku Igrzysk Olimpijskich.
A.W.: Na co Pani choruje?
N.S.J.: Od urodzenia choruję na zespół artrygrypotyczny, który objawia się szeregiem dysfunkcji prawej kończyny dolnej i kręgosłupa.
A.W.: Jak zaczęła się Pani przygoda ze sportem? Dlaczego akurat snowboarding?
N.S.J.: Zawsze ciągnęło mnie do ruchu i sportu, szczególnie do sportów deskowych. Jeździłam na deskorolce, było też trochę biegania, ale snowboard od razu dał mi coś, czego szukałam: wolność, dynamikę, adrenalinę i bardzo konkretny challenge. To sport, który wymaga odwagi, techniki i obecności tu i teraz — i właśnie to mnie w nim wciągnęło. Aaa i uprawia się go w naprawdę pięknych miejscach świata, pozwala poczuć kontakt z naturą, jej ogrom majestatu.
A.W.: Ukończyła Pani studia medyczne w Łodzi, obecnie jest w trakcie rezydentury. Czy to ma znaczenie w dyscyplinie sportu, którą Pani uprawia? Łatwo jest łączyć oba zajęcia?
N.S.J.: Łatwo? Nie. Da się? Tak — ale to wymaga bardzo dobrej organizacji i dużej dyscypliny. Medycyna i sport wyczynowy to dwa bardzo wymagające światy, więc czasem logistyka jest naprawdę ekstremalna. Ale jedno pomaga mi w drugim: medycyna uczy konsekwencji i pracy pod presją, a sport uczy odporności psychicznej, pokory i trzymania celu mimo zmęczenia.
A.W.: Pochodzi Pani z niewielkiej miejscowości. Czy w osiągnięciu sukcesów, była to dla Pani przeszkoda czy może motywacja, żeby starać się bardziej?
N.S.J.: Trochę jedno i drugie. Na pewno z mniejszej miejscowości często jest trudniej o dostęp do infrastruktury, treningu czy środowiska sportowego. Ale u mnie to bardzo mocno działało też jako motywacja — żeby nie tłumaczyć się warunkami, nie szukać wymówek – tylko drogi. Myślę, że to mnie nauczyło zaradności i uporu, które dziś bardzo procentują.
A.W.: Czego Pani życzyć?
N.S.J.: Przede wszystkim zdrowia, dobrych przejazdów i chłodnej głowy. Resztę dowiozę pracą. A jeśli trochę szerzej — to odwagi, żeby wykorzystać ten moment najlepiej, jak potrafię. Trochę szczęścia też zawsze się przyda.









